wtorek, 23 sierpnia 2016

Fantazmat Wielkiej Lechii, czyli jak historia z poważnej nauki stała się fantastyką naukową

Cała dyskusja prowadzona z tzw. turbosłowianami pokazuje jedno – poziom wiedzy polskiego społeczeństwa nie jest zbyt wysoki, poziom wiedzy historycznej tym bardziej. Powodów jest kilka – my, historycy-naukowcy nie potrafimy się przebić do świadomości społecznej. Nie wspominając tylko o IPN i historii XX wieku, jako ciągle żywej, niejednokrotnie upolitycznionej, kontrowersyjnej, zarówno w sferze aktorów dramatu, jak i samych badaczy, przyjętych przez nich metod, a na zasobie źródłowym kończąc.

Jest to również okres, który ma niezwykły handicap w postaci kanałów telewizyjnych – TVP Historia i innych, gdzie zazwyczaj pokazywane są programy dotyczące XX wieku właśnie. Trudno tam znaleźć audycje o innych epokach. Oczywiście, zdarzają się takie, ale jest ich bardzo mało.
Współczesnych polskich seriali fabularnych o Piastach, Jagiellonach czy królach elekcyjnych w ogóle nie można znaleźć, bo ich po prostu nie wyprodukowano. Nie wliczam w to seriali powstałych 30–40 lat temu, które już nie są ani atrakcyjne dla młodego widza, a pod względem przekazywania obecnego stanu wiedzy nie przystają już do swojej misji, jaką niesie popularyzacja dziejów naszego państwa i narodu. Takich seriali, dokumentów czy spektakli w teatrze telewizji doczekały się wydarzenia i postaci XX wieku: serial „Czas Honoru”, wraz z sezonem tylko o powstaniu warszawskim, serial „1920. Wojna i miłość” czy spektakl „Inka” teatru telewizji. Rzecz jasna, powstają seriale historyczne, m.in. o rodzie Borgiów czy Wikingach, starożytnym Rzymie, ale ich przekaz, nastawiony głównie na seks i przemoc, są kierowane do publiki dorosłej. Chwała im za to, że starają się spopularyzować inną epokę niż wiek XX, bo pewnie wielu z widzów sięgnęło po opracowania, dzięki którym temat zgłębiło.
Wina w niskim poziomie wiedzy historycznej wśród społeczeństwa polskiego leży na barkach nas wszystkich – historyków, mediów, zwykłych obywateli, polityków, którzy sami mają ogromne braki, a oficjalnie zapytani przez media w kwestiach historycznych, potrafią nieziemsko owym brakiem wiedzy się zhańbić, co jest powodem do drwin. Niestety właśnie politycy odpowiadają za kształt polskiego szkolnictwa na wszystkich szczeblach, a co za tym idzie, również za program i wygląd przedmiotu historia. Przedmiotu ważnego, ukazując dzieje naszej ojczyzny, problemy i błędy jej władców i polityków, sukcesy, kształtując poczucie przynależności narodowej i poczucie dumy, że zawsze przodkowie nasi wychodzili z zawiłości dziejowych zwycięsko.
Za sferę przekazania tego wszystkiego odpowiedzialni są nauczyciele, którzy albo nie posiadają odpowiednich umiejętności przekazania tej wiedzy, odpowiedniego podejścia do ucznia czy tematu, kontaktu z młodym człowiekiem, traktując go jako zło konieczne swojej pracy, (co, moim zdaniem dyskwalifikuje taką osobę do pozostania nauczycielem, a nie jest, niestety, ani weryfikowane, ani poddane ocenie, a czego skutkiem słabego nauczyciela jest bardzo trudno ze szkoły zwolnić), dostatecznej wiedzy, zwłaszcza najnowszych badań, głównie skupiając się na przestarzałych podręcznikach, których używali sami będąc studentami i nie kwapiąc się, by swoją wiedzę poszerzyć. Nie jest to ogólny obraz, bowiem zdarzają się nauczyciele-pasjonaci, mający ogromną wiedzę i prawdziwy talent do nauczania, którym potrafią pociągnąć za sobą młodych. I niestety tylko oni są darzeni szacunkiem. Reszta, zarówno przez społeczeństwo jak i samych uczniów, nie jest nim darzona. A szkoda... pozostałym nauczycielom też się bowiem należy.
Młodzi ludzie, jacy są, każdy z nas wie, bo każdy nim był. Raczej nie interesuje się szkołą, tylko innymi sprawami, nieraz nieporuszanymi na szkolnych lekcjach... rzadko szanujący nauczycieli za ich pracę. Dopiero po skończeniu edukacji i wyjściu z systemu edukacji pojawia się nutka nostalgii i doza aprobaty dla „nauczycielskiego rzemiosła”. Podobnie jak przy wychowaniu przez rodziców... Na samym końcu tego łańcuszka, ale i na samym jego początku, jesteśmy my, historycy-naukowcy. Na końcu, bowiem właśnie po lekcjach historii, popularyzacji przez liczne wydarzenia, seriale, filmy to właśnie do opracowań naukowych winny sięgać osoby zainteresowane danym zagadnieniem. Na samym początku, bo właśnie dzięki naszym badaniom, najnowsza wiedza, jak najnowsze metody jej przekazywania winny być wykładane przyszłym nauczycielom, by mogli ją później stosować podczas wykonywania swoich obowiązków. Niestety system ten nie działa, czego dowodem jest tworzenie licznych mitów historycznych, które nie przyczyniają się do popularyzacji historii jako nauki, i posiadającej tenże status od końca wieku XVIII (np. chemia jako nauka powstała w wieku XIX, tak samo biologia, a jakoś ich naukowość nie jest podważana), tylko do głoszenia nieweryfikowalnych twierdzeń i wymysłów, przynosząc jednocześnie szkodę środowisku akademickiemu, historykom-naukowcom, nauczycielom, młodzieży uczącej się, ale również osobom, które edukacje mają dawno za sobą...
Niestety ziarno tych fantazmatów padło na ziemię żyzną (por. Mt 13), którą określić można ogólnie niskim stanem wiedzy społeczeństwa, mimo że tytułów magistra i doktora w nim przybywa, nie idą one jednak za jakością ich znaczenia. Jest to jedna z tych bolączek naszego państwa i jego narodu, że nierozwiązana, stanie się przyczyną, oby nie, upadku Polski, polskości, jej historii i tradycji... A jednostki najbardziej wybitne zostaną wydrenowane, przynosząc sukcesy państwom i narodom ościennym.


Doctore

17 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Jak tam idą badania archeologiczne w starożytnym lechickim Elamie?

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Jedna mała uwaga. Zapisy w dziejopisach od średniowiecza do współczesności nie zawsze muszą składać się na autentyczną relację. Tak samo jak tworzenie teorii na temat historii przez rzeszę domorosłych historyków nie jest złe, bo tworzy to wiele wizji na tą samą historię której historycy dawno zapomnieli lub nawet nie wpadli na to, bo są uczeni przez innych historyków o utwierdzonej wiedzy historycznej.

    Gorzej jest z tym, że teorie przekraczają pewien próg i mieszają się z fantastyką. Wg mnie bardzo dobrze, jeżeli zostawimy to sferze fantastycznej. Amerykanie karmią nas fantastyką o Super Ameryce i Super Amerykanach w filmach i książkach, a doskonale wiemy że to bajki. Traktujmy Wielką Lechię też jako bajkę, scenariusz na filmy fantastyczne i książki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak...a ja miałem na urlopie miłą pogawędkę z Węgrami.U nich w szkole jest przedmiot: Historia starożytnych Węgier i uczą tam jako fakt a nie bajeczki o Królu Kraju i jego córce Wandzie,Polska według Madziarów to Lechia oni mówią Lengiel (fønet.) a Polacy to Lechici...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chce Pan polemizować, proszę o zapoznanie się z dziejopisarstwem węgierskim i w ogóle z początkami Węgier. Dyskutujemy o FAKTACH i źródłach, a nie na tym co powiedział anonimowy Węgier i na tej podstawie budowali domysły.

      Usuń
    2. @Joreg
      Lengiel to Lędzian

      Usuń
  4. fakty są takie, że Węgrzy od wieków są z nami w przyjaźni, a mają też i większe zaufanie do własnych kronik niż my, rzecz jest m.in. powiązana zarówno z Wenedami - ich zasięgiem np jak i późniejszym okresie z Wielkimi Morawami, nie jakaś tam Lechia tylko rzeczy autentycznie potwierdzalne zapisami historycznymi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą przyjaźnią to przedobrzył Pan/Pani. A mieszanie się piastów w sprawy węgierskiego następstwa tronu?
      A to co było po bitwie pod Mohaczem? jak Jagiellonowie wystawili Węgrów i dali ich Habsburgom? O braterstwie to możemy mówić dopiero gdzieś od wiosny ludów.
      Jakie zaufanie, my mówimy o postępowaniu NAUKOWEMU. A nie o czuciu i wierze, która "silniej mówi do mnie,
      niż mędrca szkiełko i oko".

      Usuń
  5. a gdzie tu temat Lechii jest poruszony?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę czytać ze zrozumieniem. Fantazmat wielkiej lechii to przykład co zrobił niski stan wiedzy historycznej.

      Usuń
  6. To ja zapytam tak co sie dzialo na terenach europy srodkowej i wschodniej przed chrztem Polski? Rozprawiamy tu o dowodach niby ale nasze lekcje historii w szkole nie mowia o tym okresie w zasadzie nic tylko nagle niewiadomo skad powstala Polska! Bach mamy mieszka i chrzest i powstalo panstwo... Polska... A wczesniej czym rzadzil mieszko? Kim byl jego ojciec i czym rzadzil? Jako ze szkoły nie podaja co było wczesniej a historycy nie uznaja wiekszosci zachowanych kronik z przed chrztu lub opisujących czas z przed chrztu to przyklad niedouczenia spoleczenstwa jest raczej marny poza tym przydaloby sie odniesc do istniejacych map kronik czy innych zapisow opisujacych czasy z przed chrztu ale nie tylko polskich ale takze zagranicznych, sprawdzic badania genetyczne mieszkancow ktore tez duzo mowia o tych terenach... Prosto tak rzucac kalumnie o niedouczeniu samemu podajac przyklad nie odnosząc sie do niego w artykule i tak na prawde pisac o czyms kompletnie z tytulem niezwiazanym... Nie ma to jak pieniactwo bo polemiki to ja tu w zasadzie nie widze bo polemike mozna prowadzić odnoszac sie do konkretow a w artykule jakos ich niewiele...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. W podręcznikach do historii jak i w programie są elementy dziejów polski plemiennej, więc argument o tym, że nauczyciele w szkołach o tym nie nauczają są niezasadne. Trudno też oczekiwać, że nauczyciel poprowadzi kilkugodzinny wykład akademicki z wyliczeniem wszystkich źródeł, w tym archeologicznych, omówieniem kultur archeologicznych, by był zrozumiały dla kilkunastoletniego ucznia. Dlatego zazwyczaj przedstawia się obrazy-klucze: Biskupin i plemiona niegdyś żyjące na terenie ziem polskich, które później uformowały państwo polskie. Kraj Mieszka nie pojawił się w jednej chwili raz ze chrztem. A twierdzenie tego jest tak daleko idącym uproszczeniem, że zakłamuje obraz przeszłości. W latach 920-939/940 na terenach wielkopolski zaczęto masową budowę grodów drewnianych techniką hakową (znaną z państwa wielkomorawskiego upadłego w roku 906), m.in Grzybowo czy Giecz, które powstawały na starych osadach rodowych i grodach, a wiele powstawało w całkowicie nowych miejscach, m.in. w Poznaniu, Ostrowie Legnickim czy samym Gnieźnie. Aby tego dokonać potrzeba było wielkiej ilości środków i okrzepłej władzy, już nie tylko wodza plemiennego, ale prawie książęcej. Źródeł, które opisują Polskę plemienną, mamy kilka. Jest to Geograf bawarski, powstały w IX wieku, która podaje listę około 30 plemion wraz z liczbą grodów, które zamieszkiwały na północ od Dunaju. Wśród nich znajdują się plemiona Opolan, Dziadoszan, Ślężan, Milczan, Lędzian. Źródło to nie podaje więcej informacji. O jednym z plemion, jako trybutariuszy Rusi, wspomina Konstantyn Porfirogeneta w swoim dziele "O zarządzie cesarstwa". Plemiona śląskie wymienia również kronikarz merseburski Thietmar oraz Widukind w "Dziejach saskich" czy w "Chorografii" króla Alfreda Wielkiego. Państwo Wiślan pojawia się w żywocie św. Metodego, zwanego Legendą Panońską. Oprócz źródeł pisanych ziemie polskie zamieszkiwały archeologiczne kultury łużycka, przeworska i wielbarska, wszystkie jeszcze przed migracją plemion, zwaną wielką wędrówkę ludów.

      Pierwsza wzmianka o Mieszku, księciu, pojawia się w "Dziejach Saskich" Widukinda z Korbei pod rokiem 963, gdzie pogański jeszcze Mieszko walczył z grafem Wichmanem. Nie pojawił się więc na arenie dziejów od razu w 966 roku. O przodkach Mieszka, a tym bardziej o jego ojcu nic nie wiemy. Bowiem pierwsze imiona przekazuje późna, XII wieczna kronika Galla Anonima (podanie o Piaście i Popielu jest w szkole nauczana, tak samo jak imiona Siemowita, Lestka i Siemomysła). Wiarygodność tych informacji jest kwestionowana przez badaczy, bowiem Gall w swojej kronice jasno rozgraniczył niepewne opowieści od prostej narracji o dziejach mieszkowych. Ponieważ w niepiśmiennym społeczeństwie, jakim były wówczas plemiona polskie imiona poprzednich władców były przekazywane ustnie, można uznać, że ciąg imion został zachowany, ale nie są to 3 pokolenia władców (okres około 60-100 lat), ale raczej trzech władców panujących w latach 920-939/940-963 (pierwsza wzmianka o Mieszku), czyli po czasie umocnienia władzy w czasie wielkiej budowy grodów.

      Informacji o ziemiach polskich sprzed chrztu jest trochę. Niestety kolejny wpis zarzucający niedouczenie, przez niedouczonego autora.

      Usuń
  7. Problem nie polega na nauczaniu historii, bo nikt nigdy nie będzie w stanie nauczyć się dogłębnie całej historii powszechnej. A nawet okrojonej tylko do naszego kraju. Gwarantuje, że nawet najwybitniejszy badacz czasów Jagielońskich bez problemów zostanie "zagięty" przez eksperta od powstania styczniowego.
    Problem polega na ekscytowaniu się teoriami spiskowymi, odrzucaniu prawdziwych autorytetów naukowych i zastępowaniu ich celebrytami (też pokroju Sienkiewicza).
    Nawet wprowadzenie profilowanych podstawówek, w których naukę przedmiotów ścisłych zastąpi się historią, nie doprowadzi do tego, że wszyscy uczniowie będą znać motywy Madalińskiego wybuchającego tzw. powstanie Kościuszkowskie.

    Uważam, że więcej by dało porządne nauczenie aparatu badawczo-poznawczego, rzetelności naukowej niż te dziesiątki godzin spędzone na naukę w szkole tak uproszczonej historii, że wręcz zafałszowanej. I zwiększenie liczby godzin o 100 czy 200% niczego nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie tylko historia jest traktowana w ten sposób - chemia, fizyka, biologia, medycyna, astronomia, archeologia itd. również. Wystarczy sprawdzić.
    I nie tylko Fantazmat Wielkiej Lechii w historii alternatywnej się pojawia. Jest Fantazmat Wielkiej Tartarii, jest Nowa Chronologia Fomienki i Nosowskiego lub (wersja "skrócona") Herberta Iliga, są piramidy w Gizie wzniesione przez Napoleona, jest Zakazana Archeologia, jest galijski Jezus Chrystus, jest sfałszowana Jerozolima i mnogie inne, że o klasycznym już daenikenowskim paleokontakcie nie wspomnę.
    Ludek prosty jak lanca ułańska pożąda cudowności oraz prostych wyjaśnień skomplikowanych problemów. Po co czytać, skoro YouTube University w półgodzinnym wykładzie ujawni wielkie tajemnice skrywane przez masonów, iluminatów, jezuitów i cyklistów. A jak już ludek coś zechce przeczytać, to lepiej trylogię Janusza Bieszka, niż mnogie inne dzieła.
    Proszę też nie zapominać, że bardziej za serce chwyta mit Janka Muzykanta, co to chciał, a nie mógł, niż opowieść o Henryku Wieniawskim.

    OdpowiedzUsuń
  9. Właśnie się ubawiłem. Na YouTube University jeden z turbolechitów po raz 126 "odkrył" Słowian w Himalajach. Są to oczywiście Hunzowie: mają "słowiańskie haplogrupy", zielone oczy i tatam...(fanfary) "zwyczaje podobne do staropolskich".
    Nie wiem, czy słowo "fantazmat" oddaje istotę problemu Wielkiej Lechii. Może "obłęd"?

    OdpowiedzUsuń