poniedziałek, 19 września 2016

W sprawie metod badawczych Janusza Bieszka. Droga dowodowa. Część 3: Rozdział I: „Pochodzenie Ariów-Słowian w Europie i w Lechii” oraz rozdział II „Ariowie-Słowianie na ziemiach Lechii”

Rozdział I tyczy się pochodzenie Ariów-Słowian w Europie i w Lechii (s. 23–52). Autor rozprawia o aryjskich cywilizacjach azjatycko-europejskich (Cywilizacja Gobi i Imperium Ramy), odwołując się do własnej książki Cywilizacje kosmiczne na ziemi oraz filmów z serwisu YouTube.
W dalszej części, przechodzi do badań genetycznych Ariów-Słowian, powołując się na badania haplogrup R1a1 i R1a1a7 oraz na badania prof. Dr T. Grzybowskiego (s. 31). Jeżeli autor wymienia już osobę z tytułami naukowymi, dobrze byłoby wiedzieć, że nie można mieć profesury belwederskiej czy nadawanej przez daną uczelnię, posiadając jedynie tytuł doktora. Pełen tytuł naukowy wspominanego badacza brzmi: prof. dr hab. n. med. Tomasz Grzybowski. Nie wspominając już o tym, że autor przywołuje tutaj wypowiedź prof. Grzybowskiego, którą udzielił na łamach Polskiego Radia i prasy. W przypadku pracy naukowej, winno się raczej przywoływać publikowane artykuły w recenzowanych periodykach naukowych. Ma się wtedy głębokie przeświadczenie o rzetelności pracy badacza. Nie mamy jednak powodów nie wierzyć prof. Grzybowskiemu, jednak interpretacja przedstawionych badań jest zbyt daleko posunięta przez J. Bieszka. Jak pisaliśmy: haplogrupy nie mają związku z językiem czy kulturą materialną. Wszystkie te elementy potrafią się zmieniać niezależnie od siebie. Niech za przykład posłuży współczesne społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, gdzie Afrykanie, Azjaci, Latynosi, a również ludność rdzenna używa jednego wspólnego języka, jakim jest angielski i tworzy jedną kulturę materialną. Wiele podobnych przykładów przejmowania przez grupy etniczne obcych języków czy kultur znamy z historii – choćby procesy hellenizacji, romanizacji czy arabizacji. W każdym z tych przypadków język i kultura zmieniały się, natomiast pula genowa pozostawała praktycznie niezmieniona, z wyjątkiem możliwych mutacji, które nie wypływały z języka i kultury, ani na język i kulturę. ZOBACZ. Badania genetyczne ludności polskiej przeprowadzał również Janusz Piontek, ale świadom tego, że nigdy gen nie jest odpowiedzialny za język i kulturę, podkreślał właśnie takie poglądy w swoich badaniach. Badania T. Grzybowskiego zostały opublikowane w języku angielskim tutaj, i na ich podstawie należało skonstruować swój wywód: ZOBACZ. Bieszk zarzucał nam braki w umiejętnościach przeszukiwania baz internetowych. Dziwny to zarzut, zwłaszcza, że nie potrafił odnaleźć recenzowanego czasopisma naukowego „Plos One”, umieszczonego na liście „A” czasopism punktowanych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa wyższego. Periodyk ten na wolnej licencji udostępnia w internecie artykuły z różnych dziedzin naukowych wydane na jego łamach.
Autor prowadzi zawiłe, trudne do przyswojenia wywody wykorzystując dowolnie Prokosza, Herborda i Thietmara. Trudno się do tego ustosunkować, skoro autor nie podaje konkretnych wydań krytycznych tych kroniki i stron.
Rozdział II tyczy się Ariów-Słowian na ziemiach Lechii (s. 53–121), po raz kolejny twierdząc, że: Pisząc o początkach Lechii, czyli o starożytnej Polsce, należy sięgnąć do najstarszego, zachowanego polskiego źródła, jakim była i jest kronika krakowskiego arcybiskupa Prokosza z X wieku […] (s. 53). Pod koniec tej stronicy z kolei zwraca uwagę, że: Wspaniale i precyzyjnie wyjaśnia to potomek starożytnego rodu rycerskiego Starżów herbu Topór, mieszkającego w Argentynie. W jakim sensie autor twierdzi, że w starożytności istniał ród rycerski herbu Topór? (O Starżach za chwilę) Nie jest to możliwe, ponieważ polska heraldyka rycerska (i europejska zresztą) zaczęła się kształtować dopiero w XII–XIII w. n. e.! Autor powinien zaznajomić się z badaniami heraldycznymi, zob. J. Szymański, Nauki Pomocnicze Historii, s. 632–690, Warszawa 2009 (rozdział: Heraldyka, tam też szeroka literatura), a także M. Pastoureau, Średniowieczna gra symboli, przeł. H. Igalson-Tygielska, Warszawa 2006 oraz polskimi wydawnictwami tyczącymi się herbów rycerskich i szlacheckich (Zob. J. Szymański, Herbarz średniowieczny rycerstwa polskiego, Warszawa 1993; tegoż, Herbarz rycerstwa polskiego XVI w., wyd 1, Warszawa 2001, wyd. 2 niezmienione, Warszawa 2011, w których autor opisuje również historię i moment pojawienia się danego polskiego herbu).
Zatrzymajmy się w tym miejscu na dłuższą chwilę. Autor twierdzi, że Kraków już w X wieku był stolicą arcybiskupią. Nie jest to zgodne z prawdą. Początki diecezji krakowskiej związane są z rokiem 1000. Część badaczy uważa, że zanotowane w najstarszej redakcji Rocznika kapitulnego krakowskiego z 1266 roku, imiona Prohora i Proculfa, związane są z imionami biskupów misyjnych obrządku słowiańskiego w Krakowie, bądź z biskupstwem morawskim lub ołomunieckim. Część badaczy optuje jednak za obcym pochodzeniem tych imion dla historii polskiej, przyniesionych wraz z pierwszą tablicą paschalną dla nowotworzonego biskupstwa i pochodzą one Auch we Francji. Całe to zagadnienie jest jednak żywo dyskutowane w polskiej literaturze badawczej, nie przynosząc jednoznacznego rozstrzygnięcia z powodu braku innych bardziej wiarygodnych wzmianek (wszystkie hipotezy zostały szeroko przedstawione i zanalizowane w pracy D.A. Sikorskiego, Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Rozważania nad granicami poznania historycznego, Poznań 2013, s. 130-148). Kolejnym spornym zagadnieniem jest kwestia, kiedy Kraków posiadał miano stolicy arcybiskupiej. Zgodnie z kształtem kościoła polskiego, powołanego do życia w roku 1000, Kraków był tylko sufraganią metropolii gnieźnieńskiej. Problem pojawia się już w ciągu wieku XI, zwłaszcza po zniszczeniu podstaw organizacyjnych polskiej metropolii kościelnej przez czeski najazd Brzetysława i tzw. bunt pogański. Kazimierz Odnowiciel wracając do swojego władztwa około roku 1040, i po pokonaniu Miecława, rozpoczął odbudowę zniszczonych struktur kościelnych. Do tego celu postarał się o arcybiskupa, który mógł wyświęcić nowych biskupów dla polskiego kościoła. Aaron otrzymał paliusz arcybiskupi i najprawdopodobniej osiadł w praktycznie nienaruszonej diecezji krakowskiej (gnieźnieńska i wrocławska przestała istnieć w wyniku najazdu Brzetysława, kołobrzeska po trudnych początkach organizacyjnych przestała istnieć krótko po roku 1000). Zob. G. Labuda, Mieszko II król Polski (1025-1034). Czasy przełomu w dziejach państwa polskiego, Kraków 1992; S. Kętrzyński, Kazimierz Odnowiciel (1034-1058), wstęp i oprac. M. Biniaś-Szkopek, Kraków 2010). Stąd też biskupstwo krakowskie nazywano w źródłach nieraz arcybiskupstwem. Oficjalnie Kraków stał się arcybiskupstwem w roku 1925 roku, po nowej, kończącej okres zaborów, organizacji Kościoła polskiego.
Na s. 54 autor kontynuuje: Profesor W.R. Starża-Kopytyński w swoim opracowaniu „La Hidalguía Polaca y su estructura social de clanes (Szlachectwo polskie i jego struktura społeczna rodów – patrz bibliografia) wyjaśnia pochodzenie szlachty w Polsce oraz nazwy Lech, Lechy (lechici) jako rycerzy króla Lecha […]. Dalej autor cytuje fragment z pracy Starży-Kopytyńskiego, z której wynika, że w pewnych okresach szlachta w starożytności stanowiła 20% społeczeństwa (sic!), czy też rody takie jak Topór, Leliwa, Abdank, Lis, Dołęga, Jelita, Sas, Rawa (etc.), należały do szlachty wiecznej (sic!, s. 54–55). Faktycznie stan procentowy szlachty w populacji społeczeństwa Rzeczpospolitej szlacheckiej określany jest na około 8-10 procent. Są to kompletnie nieprawdziwe tezy, jak już wskazaliśmy wyżej. Warto w tym miejscu nadmienić, że o ile faktycznie W.R. Starża-Kopytyński posiada profesurę uczelni w Buenos Aires, jednak przede wszystkim jest magistrem inżynierem (konto na Goldenline, inne źródło mówi, że jest licencjatem ZOBACZ), który zajmuje się techniką ochrony środowiska. Historię prowadzi pozalekcyjnie, tj. poza pensum. Nikt nie kontroluje, o czym i jak rozprawia prof. Starża-Kopytyński. Nie jest ani historykiem, ani genetykiem z zawodu.
Kolejny rażący błąd, czytelnik może odnaleźć na stronach 56–57: Ponadto o dobrze zorganizowanych i wyszkolonych wojskach Lechach pisze już Kronika Norymberska w I wieku (patrz bibliografia). Opisuje walkę oddziałów słowiańskich w 9 roku n.e. na polach pod murami miasta Lechów (obecny Augsburg w Bawarii) z „Marsowym Legionem” rzymskim. Legion został przysłany późnym latem, przez cesarza Augusta Oktawiana. W tym fragmencie autor nieopatrznie sugeruje, że Kronika Norymberska powstała w I roku n.e. (sic!). Przede wszystkim kronika, na którą powołuje J. Bieszk ma nazwę Liber chronicarum (jej potoczna nazwa to Kronika Norymberska), została ona wydrukowana przez Antoniego Kobergera w 1493 r. w Norymberdze, zob. Katalog inkunabułów Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie, opr. T. Dąbrowa, E. Knapek, J. Wojtowicz, Kraków 2015, poz. 148 i 149 (oraz wiele innych polskich i zagranicznych katalogów inkunabułów). Autor natomiast twierdzi, że musiał sięgnąć do angielskiego tłumaczenia tego dzieła, znalezionego na Uniwersytecie w Wisconsin, na terenie Stanów Zjednoczonych. Niestety, po raz kolejny wykazuje tutaj poważne błędy w przeprowadzaniu skutecznych kwerend. Część kroniki norymberskiej tycząca się tzw. Sarmacji została przetłumaczona na język polski i wydana (Zob. Sarmacja / komentarze, przypisy, tł. i przygot. do druku Bogdana Deresiewicza; przedsł. Aleksandra Janty; Odę saficką przetł. [z łac.] na pol. Edwin Jędrkiewicz, na ang. Kenneth Mackenzie., Toruń 1992) Słowa autora również zrozumieć można tak, że od opisu wspominanej walki, która miała rozegrać się w 9 roku n.e. do końca XV wieku nie było żadnych wzmianek o tym wydarzeniu! W dodatku autor przytacza wydarzenia nierzeczywiste. Przedstawiona zaś etymologia Augsburga jest kompletnie niedorzeczna. Było to miasto rzymskie, a nie lechickie, noszące nazwę na cześć Oktawiana Augusta – Augusta. Drugi człon nazwy, Vindelicum/Vindelicorum, został dodany w II wieku n.e. i do końca czasów rzymskich nosiło nazwę Augusta Vindelicorum. Augsburg, jako miejsce bitwy z 9 roku n.e pojawia się dopiero w XII-wiecznej kronice Ottona z Freising (źródło o 1100 lat oddalone od wydarzeń). Bitwa z 9 roku w lesie Teutoburskim – lokalizacja nieznana, choć podejmowano liczne próby jej ustalenia, a bardzo prawdopodobnym miejscem tejże bitwy jest miejscowość Kalkriese w okolicy Osnabrück w Dolnej Saksonii. Jednak miejsce to nie odpowiada danym topograficznym zawartych w źródłach pisanych. Samych zaś koncepcji odnośnie miejsca tej bitwy jest kilka, opartych na badaniach archeologicznych. Miejsca nie znali również średniowieczni i nowożytni, nie tylko współcześni ludzie, stąd pojawienie się wielu teorii w piśmiennictwie średniowiecznym i nowożytnym, w tym również koncepcji augsburskiej u Ottona z Freisning, którą popularyzowała m.in. Kronika Norymberska czy sam Konrad Celtis.
W dalszej części autor prowadzi swoje chaotyczne dywagacje o społeczności słowiańskiej Sarmacji, etc. którą nie sposób skomentować, bo oparta na Kronice Prokosza. Na s. 85, autor pisze: Należy podkreślić, że nie była to pierwsza migracja Wandalów na północne tereny Lechii, bowiem według kronik: Prokosza, M. Bielskiego, Historyi Polski, Dzierzwy i Miorsza, doszło do niej już w XIII stuleciu p.n.e. Tym razem autor błędnie cytuje kronikę Marcina Bielskiego. Żadna z jego kronik, wydanej za życia nie nosiła takiego tytułu. J. Bieszk, korzysta tutaj z XIX-wiecznej, słabej edycji ze zmienionym tytułem. Marcin Bielski wydał Kronikę wszystkiego świata, w 1551 r. w krakowskiej oficynie Heleny Unglerowej, a następnie dwie kolejne uzupełnione wydania w 1554 r. w drukarni Mikołaja Szarffenberga oraz w 1564 r. w warsztacie Mateusza Siebeneichera, (zob. D. Śnieszko, Kronika wszytkiego świata Marcina Bielskiego. Pogranicza dyskursów, Szczecin 2004). Po śmierci M. Bielskiego, jego syn Joachim uzupełnił kronikę ojca i wydał ją w 1597 r. w oficynie Jakuba Siebeneichera pod tytułem: Kronika polska, Marcina Bielskiego. Nowo Przez Ioach. Bielskiego syna iego wydana, (zob. E. Chojecka, Drzeworyty Kroniki Joachima Bielskiego i zaginione gobeliny Anny Jagiellonki. Ze studiów nad związkami artystycznymi Krakowa i Brzegu w XVI wieku, Roczniki Sztuki Śląskiej, t. 7 (1970), s. 37–73;  a także zdigitalizowane edycje kroniki: Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa: edycja z 1551 ZOBACZ, Małopolska Biblioteka Cyfrowa edycja z 1564 ZOBACZ oraz znowuż Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa wydanie z 1597 ZOBACZ. W tej chwili, nie zdigitalizowano edycji z 1554 r., która znajduje się w kilku egzemplarzach w bibliotekach polskich i zagranicznych. Autor powinien doprecyzować, z której wersji kroniki korzystał.
Zróbmy w tym miejscu jeszcze pewną dygresję. Wydania krytyczne okresu wczesnego XIX stulecia nie były doskonałe. Zazwyczaj opierały się tylko na kilku rękopisach, nie na ogóle dostępnych tekstach rękopiśmiennych. Dziś właśnie ta druga metoda jest jedyną, dzięki której można stworzyć przystające do warsztatu naukowego wydanie krytyczne tekstu średniowiecznego, np. kroniki. A. Bielowski w swej pracy Wstęp krytyczny do dziejów Polski, Lwów 1850, (którą zresztą cytuje w bibliografii J. Bieszk) w przypadku podanego Miorsza powołuje się na 3 kodeksy, tzw. Kuropatnickiego, Szamotulskiego (dziś zwanego Heilsberskim) oraz lubińskiego. Kodeksy te zawierają części kroniki Dzierzwy (zwłaszcza jej początkowe fragmenty), oraz pierwsze ustępy z kronik Galla Anonima, Mistrza Wincentego i Komentarza Jana z Dąbrówki oraz całe teksty tych kronik, (więc część jest powtórzona). Bielowski wiedząc, że całość tekstów należy albo do Galla albo do Kadłubka (komentarza Jana z Dąbrówki wówczas nie znano), ułomki z kroniki Dzierzwy skompilował i wydał jako kronikę Miorsza. Dziwnym trafem kronika ta obejmowała tylko niekompletne dzieje bajeczne a kończyła się na Kazimierzu Odnowicielu. Stąd wytworzył postać Miorsza (nie jesteśmy nawet pewni, z jakiego tekstu wydobył to imię, kodeks Kuropatnickiego został spalony w 1944 przez Niemców podczas tłumienia powstania warszawskiego; być może Bielowski sugerował się pierwszymi ustępami „Roczników” Długosza), mnicha obcego pochodzenia, który miał notować wydarzenia bajeczne i XI wieku samemu żyjąc w wieku XI.
Łaciński zapis imienia Miersue zostało przez niego odczytane i dostosowane do fonetyki języka polskiego jako Miorsz. I to niezbyt konsekwentnie. W tym samym dziele A. Bielowski, we wstępie do krytycznego wydania tekstu Miorsza, powołuje się na ustalenia Krzysztofa Warszewickiego, że autorem tego dzieła był Mierzwa, nie zaś stworzony wcześniej przez niego samego Miorsz. Paredziesiąt lat później sam Bielowski ugruntował zmianę swojego zdania, po licznych krytykach, że jest to tekst Mierzwy, kronikarza XII-wiecznego, na którego J. Bieszk też się powołuje i również błędnie. Jak ustalił J. Banaszkiewicz pod koniec lat 70. XX wieku Mierzwa, jest Dzierzwą, jednym z zakonników klasztoru franciszkanów w Krakowie (zob. J. Banaszkiewicz, Kronika Dzierzwy. XIV-wieczne kompendium historii ojczystej, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1979), zaś jego praca, według ostatnich badań W. Drelicharza pochodzi z wieku XIV (okres przed i początkowe lata panowania Władysława Łokietka, zob. W. Drelicharz, Idea zjednoczenia Królestwa w średniowiecznym dziejopisarstwie polskim, Kraków 2012) Nowe wydanie krytyczne kroniki Dzierzwy wykonał Krzysztof Pawłowski, który we wstępie omówił dotychczasowe badania nad autorem i jego dziełem (Zob. Chronica Dzirsvae, wyd, wstęp i przyp. Krzysztof Pawłowski, Monumenta Poloniae Historica, Series Nova, t. XV, Kraków 2013, s. V-XVII) . Ukazało się ono na dwa lata przed opublikowaniem pierwszej lechickiej książki J. Bieszka. Miorsz nie istniał, tak samo jego kronika. J. Bieszk powołuje się błędnie na stare wydania tekstów średniowiecznych, które dziś nie mają nic wspólnego z naukowymi wydaniami krytycznymi. Dlaczego autor zna te stare? Bo są dostępne jako zabytek historiograficzny w polskich bibliotekach cyfrowych.
A przypomnijmy, Bielowski sam na ten temat zmienił zdanie. Tylko ten jeden przypadek pokazuje, że J. Bieszk nie posiada żadnego warsztatu badawczego, a swoją metodę aprioryczną, dzięki której według własnego uznania stwierdza, co jest prawdą, a co nie.

Redakcja

Koniec cz. 3

8 komentarzy:

  1. Cieszy mnie, że tak dokładnie to analizujecie.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Polecam poczytać o haplogrupach" to takie nowe "Polecam poczytać Cat-Mackiewicza" - autor tej wypowiedzi chce uchodzić za znawcę i intelektualistę, a na ogół wychodzi jedynie na matoła.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak w części drugiej przeczytałem, że przed Mieszkiem, nasi krajanie byli "niepiśmienni" i budowali grody drewniane, których wiek "można ustalić co do półrocza" to odpuściłem sobie czytania tej wnikliwej analizy. Być może J. Bieszk nie napisał pracy historycznej (metodologia, przypisy, dokładność badań), ale z pewnością główna jego narracja jest logiczna i ma potwierdzenie w faktach. Przede wszystkim te "niepiśmienne" plemiona z maczugami, posługiwały się jednak językiem pisanym - runami (Co dowodzą najnowsze odkrycia). Najnowsze wykopaliska natomiast (nie pamiętam miejscowości - ale skoro autorzy tej krytyki są tak skrupulatni to z pewnością sobie sprawdzą) wskazują, że na ziemiach polskich były budowane miasta i twierdze z KAMIENIA kilka tysięcy lat temu (jest nawet film na Youyube z prac wykopaliskowych). Wytknięcie miliona szczegółów nie może przysłonić jednej głównej sprawy. Lechici/Słowianie zasiedlali nasze tereny długo, długo przed Chrystustem. Budowali tutaj miasta, grody, twierdze i jakoś nikt ich nie podbił ze starożytnych. Ani Rzym. Ani Macedonia. Ani Persowie. Bo śladów tu po nich nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wolałabym zaczekać aż błędy wytkną autorzy, ale ,,Budowali tutaj miasta, grody, twierdze i jakoś nikt ich nie podbił ze starożytnych. Ani Rzym. Ani Macedonia. Ani Persowie. Bo śladów tu po nich nie ma."
      To, że ktoś czegoś nie podbił, nie oznacza, że w danym miejscu żyli jacyś nadludzie, którzy dzielnie się bronili. Może np. oznaczać to, że z Persji było daleko i Persowie stwierdzili: ,,Podbijanie tego zajęłoby czas, trzeba by wysyłać żołnierzy, nawet jeśli nikogo tam nie ma i nikt nie zginąłby w walce, to mógłby złapać jakieś dziwne choróbsko i umrzeć albo cokolwiek, po co ryzykować? Jakbyśmy już to mieli, musielibyśmy tym rządzić, coś tam robić, a tam zimno jest..."

      Usuń
    2. Argumenty np. turbozulusa: dlaczego Rzymianie, Persowie, Macedończycy czy Egipcjanie nie podbili południowej Afryki, choć złoto, choć diamenty? Odpowiedź: bo Wielki Zululand. A dlaczego oni, tudzież Chińczycy nie podbili Australii?
      Tak można bez końca.

      Usuń
  4. To, że tu ktoś mieszkał przed naszą erą nie znaczy żę byli to Słowianie a tym bardziej nie było tu jakiegoś imperium Lechów!

    OdpowiedzUsuń