niedziela, 16 października 2016

Uniwersyteckie dojenie naiwniaków. Części 2: Rektor UJ nie rozumie, po co jest uniwersytet!

Przy okazji rozpoczęcia nowego roku akademickiego, portal internetowy Onet (grupa Ringiem Axel Springer) udostępnił swoje łamy Jego Magnificencji, Rektorowi Uniwersytetu Jagiellońskiego, Profesorowi Wojciechowi Nowakowi, by ten mógł się publicznie skompromitować. ZOBACZ. Okazuje się, że uniwersytet jest kroplówką finansową dla stworzonej machiny biurokratycznej, a nie miejscem gdzie kształci się przyszłą elitę intelektualną naszego kraju.
Wiadomo nie od dziś, że uniwersytety realizują hasło: miód na ustach, krew na rękach i realizować cele. Oznacza to tyle, że w rzeczywistości uczelnianej zachwala się potencjał i możliwości rozwoju danego kierunku studiów, a wszelkie problemy zamiata się pod dywan. Dlatego też przecierałem oczy ze zdumienia, gdy JM Rektor wypowiedział w wywiadzie takie słowa (wszystkie wypowiedzi przytoczone na podstawie prawa cytatu:

Jeżeli w 1989 roku odsetek studiujących był niewielki, to wtedy dyplom wyższej uczelni mógł ułatwić zdobycie pracy. Jeżeli teraz ten odsetek oscyluje w granicach 50 procent, to logika nakazuje jasno powiedzieć: ukończenie studiów nie gwarantuje pracy. Podam przykład. Jeżeli od 10 lat studiowanie prawa jest łatwiejsze niż kiedyś i młoda osoba zdecyduje się na studia na uczelni "X", która nie cieszy się renomą, to co się stanie? Nic. Dyplom takiej uczelni wcale nie otworzy drzwi u upragnionego pracodawcy. Oczywiście prawo jest tu tylko przykładem.

Trzeba przyznać Panu Rektorowi, że ma rację. Tylko… o tej patologii mówi się już od wielu lat! Widocznie JM Rektor ma talent, który bywa wrogiem prawdy. Swoje wnioski ubiera w atrakcyjne, zgrabne frazy, budujące faktycznie rzeczowe argumenty, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Może powiedziałem to zbyt ostro? No to kolejny cytat z Rektora:

Jeśli ktoś chce studiować kulturę Inków, to bardzo dobrze. Niech to robi i pogłębia swoją pasję. Warunek jest tylko jeden. Młody człowiek, jak idzie studiować, musi wiedzieć, jaki jest rynek pracy. Mieć tego świadomość. Jeśli ktoś pójdzie studiować wspomnianą kulturę Inków, to niech potem nie ma pretensji, że nie może znaleźć pracy związanej z kierunkiem jego studiów
W tym momencie Rektor UJ zaśmiał się w twarz setkom studentom i absolwentom UJ, którzy studiują i studiowali najróżniejsze kierunki – mniej lub bardziej sensowne – na uniwersytecie, którym zarządza. Szkoda tylko, że w oficjalnym, PR-owskim słowotoku zachęca się studentów jak leci na studia i jakoś nie ma nigdzie tabliczki lub komunikatu jak na opakowaniu papierosów „Ten kierunek zabija twój czas. Decydujesz się na własną odpowiedzialność”.
I znowu zaskakuje nas Rektor, bo oto, co mówi w dalszej części swojego wywodu:

Przyjmując na studia młodych ludzi w takiej ilości jak teraz, my ich oszukujemy. Przyjmujemy ich tylko po to, aby dostać dofinansowanie z budżetu państwa.
Oszukujecie? [dopytuje dziennikarz – przy. red.]
W pewnym sensie tak. Jak słyszę, że gdzieś na kierunek chemiczny został przyjęty student, który nie zdawał rozszerzonej matury z chemii, to jestem przerażony. Jak to inaczej nazwać, jeśli nie oszustwem? Uczelnia przyjęła go tylko po to, aby dostać pieniądze. Po nic więcej. Dlatego nowe zmiany, które mają wejść w życie, są dobre. Spowodują one, że płacić się będzie za jakość, a nie za ilość. Oczywiście podniesie się wrzawa części uczelni, którym obecne przepisy zapewniają stabilizację.

Fakt faktem, JM Rektor powiedział prawdę. I to szczerą. Wiwat Rektor! Wiwat Uniwersytet! Brawo dla tego Pana! Po tych słowach powinniśmy wszyscy pocałować Jego Magnificencję w pierścień rektorski za taki heroiczny czyn, sam jednak nie pcham się tam, bo tłum klakierów zbyt wielki. A z tego połowa na kolanach. Cóż, marnuje się w ten sposób pieniądze podatników, lepiej jednak walnąć coś medialnie, niż coś z tym zrobić, zwłaszcza, że masowość studiów rozpasła studentów do tego stopnia, że wydaje się im, że nie muszą nic robić, by dostać tytuł licencjata czy magistra. Cwańsi żacy, traktują uniwersytet jak sprężynę do błyskotliwej kariery w kołach naukowych czy w późniejszym życiu.
Rzeczą zdecydowanie gorszą jest to, że Rektor nie rozumie po co jest uniwersytet, przecież uniwersytet jest miejscem kształtowania i nauki ducha intelektualnego naszego kraju, a nie kroplówką do utrzymania rozbuchanego aparatu urzędniczego uniwersytetu. Szkoda tylko, że Jego Magnificencja nie wspomniał, w jaki sposób uniwersytet oszukuje doktorantów. Pisałem już na ten temat w tym MIEJSCU, w niniejszym tekście warto opisać patologię związaną z prowadzeniem zajęć przez doktorantów. W regulaminie stoi, że każdy doktorant może przeprowadzić maksymalnie 60 godzin zajęć dydaktycznych w latach swoich „studiów”, za przekroczenie tego limitu uniwersytet powinien dawać doktorantom umowę o dzieło i pieniądze. Władze nie chcą płacić etatowym pracownikom naukowym za nadgodziny zajęć dydaktycznych, dlatego też dają je do prowadzenia swoim doktorantom… za darmo. Rekordziści mają nawet ponad 210 godzin, za które nie otrzymali od uniwersytetu ani złotówki. Dlaczego? Bo nie chcą płacić, skoro można wykorzystać parobków doktoranckich, którzy zamiast pisać pracę naukową i rozwijać swój warsztat badawczy, będą tracić swój czas na próbach wbijania wiedzy do tępych głów studentów, którzy się nie starają, skoro jest na studia jest się łatwiej dostać niż do szkoły podstawowej.
Po lekturze tego wywiadu z Rektorem, można dojść do wniosku, że rozmówca jest trochę jak Joker w The Dark Knight. Każdemu próbuje wcisnąć inną historię i nigdy nie wiadomo, która z nich jest prawdziwa, (jeśli w ogóle jest).
Acolitus

1 komentarz:

  1. Przydałby się podobny wpis na temat uczelni technicznych, które w najlepszym przypadku są przybudówkami do zdobywania grantów dla cwanych profesorów. System feudalnych zależności ma tu się świetnie. Innym problemem jest to, że tzw. przemysł gwarantuje dużo lepsze wynagrodzenie (2-3 razy) dla zdolnych młodych ludzi, dlatego na uczelniach powstaje właśnie przerażająca dziura pokoleniowa, powodując spadek jakości kształcenia. (Przeważnie) słabsi, ale cwańsi, doktoranci dostają dodatkowe wynagrodzenie za pisanie raportów do grantów, które nie wnoszą nowej jakości naukowej, tylko są podstawką do ich rozliczenia. To dodatkowo powoduje, że i tak wszyscy zupełnie w zadzie mają dydaktykę, tylko trochę lepiej traktują "naukę". Uwzględniając wspominając dziurę pokoleniową wychodzi na to, że jakość kształcenia jest statystycznie, tragicznie niska... Absolwenci uczą się swojego fachu dopiero w pracy. Wszystko to działa tylko dlatego, że koszty pracy i tak są niższe niż w starej UE. Oczywiście państwo poza podatkiem dochodowym od pensji pracowników nic z tego nie ma, a wręcz jest drenowane z najlepszych myśli. Szczerze to politycy tylko potrafią pierdolić, że jesteśmy w epoce neokolonialnej, ale sami nic nie zrobią, żeby ten system poprawić... Wręcz przeciwnie, chodzą słuchy, że mają teraz przycisnąć uczelnie za brak pokory. Chyba Sienkiewicz miał rację, i nie chodzi mi o Henryka. Przepraszam, za chaotyczny wpis, ale piszę ad-hoc.

    OdpowiedzUsuń