czwartek, 9 lutego 2017

Jak pisać historię od nowa i wyważać otwarte drzwi, czyli o „ułomnościach” warsztatowych, faktograficznych i interpretacyjnych. Analiza postępowania badawczego Adriana Leszczyńskiego w artykule pt. „Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian”

W Roczniku Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Gorzowie Wielkopolskim (tytuł okładkowy: Forum Historyczno-Społeczne: Rocznik Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Gorzowie Wielkopolskim), w numerze 4/2016, ukazał się artykuł Pana Adriana Leszczyńskiego pt. „Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian” (s. 11–27).

Rocznik, w którym ukazał się rzeczony artykuł, jest recenzowanym czasopismem naukowym, posiadającym stałą redakcję i radę naukową, a co najważniejsze, jest wydawany pod auspicjami lokalnego oddziału PTH, zrzeszający w całej Polsce zawodowych historyków prowadzących naukowe badania, jak również miłośników i amatorów historii. Zwłaszcza ta druga grupa jest cennym uzupełnieniem każdego Towarzystwa Naukowego. Ludzie z pasją naukową, poświęcając wolny czas na badania, dyskusje czy lekturę książek historycznych, potrafią wnieść erudycyjny wkład w toczące się badania historyczne, zwłaszcza na podłożu historii lokalnej czy regionalnej. Dlatego też ich głos jest ważny, jeśli mieści się w przyjętych standardach uprawiania nauki i poziomu dyskutowania. Niestety w przypadku artykułu A. Leszczyńskiego, nie mamy do czynienia ze zjawiskiem tzw. historycznego naturszczyka, lecz z formą kompletnej hochsztaplerki warsztatowej, której jedynym celem jest pisanie historii od nowa, pod określoną tezę i ideologię.
Rażące błędy w tekście A. Leszczyńskiego nie determinowałby nas do jego analizy, gdyby nie opublikowanie tegoż artykułu w naukowym periodyku i pozytywnie przebyty proces recenzyjny. Tym bardziej szokują nas, swoiste dopiski Leszczyńskiego, zamieszczone na stronie Czesława Białczyńskiego ZOBACZ, w których bez skrępowania wspomina w dwóch miejscach o swoim pokrewieństwie z Prezesem gorzowskiego oddziału PTH i redaktorem naczelnym Rocznika, Panem Profesorem Pawłem A. Leszczyńskim oraz o fakcie, jakoby to właśnie ten krewny zaproponował publikację Jego tekstu w periodyku.
Gospodarzami spotkania byli: […] Paweł A. Leszczyński – doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie, prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego – Oddział w Gorzowie Wielkopolskim, prywatnie mój kuzyn.
Na koniec chciałbym podziękować mojemu kuzynowi dr hab. Pawłowi A. Leszczyńskiemu, który znając moją pasję związaną z historią Słowian, sam zaproponował mi opublikowanie artykułu na ten temat w Roczniku PTH, czym mnie mocno i zarazem mile zaskoczył.


Autor informuje również czytelników: Artykuł „Dawne źródła historyczne łączące Wenedów, Wandalów i Słowian” jest kompilacją moich dwóch artykułów, które opublikowałem wcześniej na portalu taraka.pl: „Wenedowie, Wandalowie i Słowianie” oraz „Źródła pisane o pochodzeniu Słowian i Polaków”. Jednak w przeciwieństwie do nich, artykuł z Rocznika PTH zawiera nowe informacje na ten temat i jest bardziej uporządkowany. Zdecydowanie mniej jest w nim moich komentarzy, które jednak wstawiłem na początku i w konkluzji na końcu tekstu.


Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego – skoro jak sam przyznaje A. Leszczyński, artykuł jest kompilacją dwóch tekstów, które ukazały się w Internecie – nie ma o tym informacji w Roczniku? Przy tytule artykułu powinien znaleźć się przypis informujący czytelników, iż tekst powstał na bazie dwóch wpisów, zamieszczonych na stronie taraka.pl. Nie wspominając już o tym, że takie swoiste „kompilowanie” podpada pod autoplagiat. Każdy z czytelników może porównać te teksty, zobacz TU i TU.
Przechodząc do treści artykułu, jak postuluje Leszczyński: W niniejszym artykule przedstawiam przesłanki, które wskazują na słowiańską tożsamość jednych i drugich. Przytaczam również argumenty wskazujące, że zarówno Wenedowie, jak i Wandalowie, to w istocie dwie nazwy tego samego ludu. Opiera się na analizie dostępnych pisanych źródeł historycznych, których interpretacja jest do dziś przedmiotem nieustannych sporów (s. 11). Po pierwsze, skąd autor wie, że takowy nieustanny spór trwa do dziś, skoro nie cytuje żadnej literatury w tym zakresie? Nie wiadomo również, jaki spór ma autor na myśli. Zbyt ogólne sformułowanie. Być może chodzi mu o spór między niemiecką a polską (poznańską) szkołą archeologiczna i teoriami allochtoniczną i autochtoniczną? Do niego można zaliczyć m.in. Biskupin, który do dziś nie odkrył nam tajemnicy, przez jaki lud/etnos był zamieszkiwany. Gdybać nie będziemy, gdyż liczą się fakty, których autor nie przytacza albo szczątkowo, albo wcale. Potem A. Leszczyński stwierdza: Największe kontrowersje wzbudza nazwa sam lud Wenedów, gdyż jak wspomniałem powyżej, nie ma jednoznacznej zgody historyków w zakwalifikowanie tego etnosu do konkretnej zbiorowości. W źródłach starożytnych występuje on pod nazwami: Wenedowie, Wendowie, Wenetowie, Wenedzi, Windowie. Jest jednak sprawą bezsporną, że nazwy „Wenedowie” (niem. Wenden), a także „Windowie” (niem. Winden) używały i nadal używają Niemcy na określenie Słowian, a ściślej Słowian Zachodnich (s. 11). Kontrowersja ta występuje jedynie w rozważaniach autora, gdyż postawiona teza jest zbyt pochopna i jest to wyłącznie interpretacja Leszczyńskiego. Skoro jest tak, jak uważa, dlaczego nie podpiera się żadną pracą czy słowami takiego historyka? Zwłaszcza że niemiecka historiografia odeszła od określania Słowian Zachodnich mianem Wenedów. Rzeczownik Wenden oraz przymiotnik wendisch w nowych pracach odnosi się już tylko do Serbów Łużyckich, gdyż historia i archeologia niemiecka, zdała sobie sprawę z karkołomności budowania takiego nazewnictwa, którego nie można skonfrontować z innymi źródłami.
Dalsze wywody autora nie sprowadzają się do przedstawienia argumentów potwierdzających tożsamość Wandalów, Wenedów i Słowian, lecz prezentuje mieszanie się tych nazw w źródłach. Taki efekt uboczny. Ten fakt pokazuje dobitnie, że autor nie posiada wiedzy z zakresu krytycznej analizy tekstu źródłowego. Autor nie zdaje sobie sprawy również z tego, że wcześniejsze nazwy plemion, które zamieszkiwały dane terytorium, autorzy starożytni i średniowieczni, przenosili na nowe ludy, które pojawiały się w siedzibach ludów wcześniejszych. To samo tyczy się przynoszenia określeń przymiotnikowych i epitetów, z ludów już znanych, na ludy pojawiające się, obce, a zarazem i dzikie czy barbarzyńskie, nieznane całkowicie ówczesnym autorom (zob. m.in. R. Urbański, Tartarorum gens brutalis. Trzynastowieczne najazdy mongolskie w literaturze polskiego średniowiecza na porównawczym tle piśmiennictwa łacińskiego antyków i wieków średnich, Warszawa 2007).
A. Leszczyński praktycznie nie cytuje żadnej publikacji naukowej, nie przedstawia stanu badań nad podaną problematyką. Nie wiemy, czy takie były intencje autora, czy jest to nieznajomość naukowego postępowania, niewiedza o istnieniu takiej literatury, czy po prostu ignorancja. Pewne jest, że tak poważny i rażący brak powinien zostać wytknięty przez recenzenta, a mimo wszystko artykuł w takiej formie ukazał się w czasopiśmie naukowym. Nie będziemy przedstawiać tutaj stosownej literatury, jeden z naszych czytelników polecił nam artykuł J. Strzelczyka, Etnogeneza Słowian w świetle źródeł pisanych, [w:] Archeologia o początkach Słowian, pod red. P. Kaczanowskiego i M. Parczewskiego, Kraków 2005, s. 19–29, tam też szeroka literatura przedmiotu z zakresu badań archeologicznych i historycznych.
Potencjalny czytelnik-laik, nie znając problemu, może ulec przekonaniu, że praca A. Leszczyńskiego jest kompletnie nowatorska i wprowadza rewolucyjne tezy w badaniach archeologiczno-historycznych, tymczasem jest, niczym innym, jak pisaniem historii pod określoną tezę i wywarzaniem drzwi, które zostały już otwarte bardzo szeroko u progu tworzenia się nowoczesnej nauki. Tekst Leszczyńskiego nie wnosi niczego nowego w pole dyskusji. Bardzo ciężko dyskutuje się z człowiekiem przekonanym do swoich chybionych tez.
Nie wiedzieć, dlaczego w przypadku Jordanesa (s. 12 i przyp. 1), autor powołuje się na internetową, wątpliwą edycję, a przecież dzieło Getica jest opracowane i przetłumaczone przez Edwarda Zwolskiego (Kasjodor i Jordanes. Historia gocka, czyli Scytyjska Europa, Lublin 1984, s. 91–171). W przypadku Annales Sangalenses maiores (s. 13, przyp. 3), przytacza źródło na podstawie własnego tłumaczenia z języka rosyjskiego znalezionego w Internecie, a przecież istnieje wydanie krytyczne łacińskie źródła z serii Monumenta Germaniae Historica (dalej: MGH) ZOBACZ [], podobnie zresztą jak Adam z Bremy (s. 15, przyp. 6) ZOBACZ. Idźmy dalej, Helmolda (s. 16–17, przyp. 8) A. Leszczyński cytuje ze starego, archaicznego, XIX-wiecznego wydania J. Papłońskiego, pomimo że jest współczesne, zob. Helmolda Kronika Słowian, tł. J. Matuszewski, wstęp i kom. J. Strzelczyk, Warszawa 1974; taką samą sytuację czytelnik może zaobserwować na stronach 18 i 19, które bezlitośnie demaskują kolejną fuszerkę źródłoznawczą. Autor nie zna wydania krytycznego i tłumaczenia na język polski dzieła Wincentego Kadłubka (zob. Mistrz Wincenty (tzw. Kadłubek), Kronika polska, przekł. i oprac. B. Kuerbis, Wrocław 1992; Magistri Vincenti dicti Kadłubek, Chronica Polonorum, ed. m. Plezia, Monumenta Poloniae Historica [dalej: MPH], seria II, Kraków 1994), woli natomiast podpierać się wątpliwym, prawdopodobnie pirackim wydaniem tejże kroniki. Nie wspominamy już o tym, że podaje błędną nazwę kroniki Mistrza Wincentego (przyp. 11). Podobnie jest w przypadku edycji Długosza (przyp. 13), Leszczyński opiera się na XIX-wiecznym tłumaczeniu wydanym w Opera omnia, nie wiedząc najwyraźniej, że dzieło Długosza zostało ponownie krytycznie wydane i przetłumaczone przez krakowskich historyków. Ukazało się ono nakładem wydawnictwa PWN w latach 1961–2006. Obecnie można z tym wydawnictwem zapoznać się na stronie w platformie Polonia.pl ZOBACZ. Można pogodzić się z niewiedzą autora o istnieniu krytycznych wydań źródeł, natomiast niewytłumaczalne jest, dlaczego w przypadku Roczników Alemańskich (s. 14), Żywotu św. Ulryka (s. 15), dzieła Otia Imperialia Gerwazego z Tillbury (s. 17), Kroniki Wielkopolskiej (s. 18) czy Dzierzwy (18–19), w ogóle nie przytacza, z jakiej edycji korzystał w swoich badaniach. To jest największy błąd w sztuce, jaki może popełnić każdy naukowiec. Ciekawym jest to, że zestaw tych źródeł, wykorzystanych przez autora, pojawia się na stronie Wikipedii ZOBACZ
W szczególności braki wiedzy A. Leszczyńskiego obnaża przypis 17. Nie dość, że nie wiadomo, na jakie wydanie Kroniki Wielkopolskiej się autor powołuje, to postanawia cytować Wikipedię, która przekazuje nieaktualne ustalenia dotyczące datacji i autora tegoż cennego pomnika dziejopisarskiego. Wedle najnowszych ustaleń, Kronika Wielkopolska została częściowo spisana w XIII wieku prawdopodobnie przez Godzisława Baszkę, a uzupełniona w XIV wieku przez Janka z Czarnkowa (zob. m.in. W. Drelicharz, Idea zjednoczenia królestwa w średniowiecznym dziejopisarstwie polskim, Kraków 2012, s. 357–368; odnośnie do wydań krytycznych zob. Kronika Wielkopolska, przekł. K. Abgarowicz, wstęp i kom. B. Kürbis, Warszawa 1965; a także Chronica Poloniae maioris, ed. B. Kürbis, MPH, s.n., t. VIII, Warszawa 1970).
W dalszej części tekstu autor przywołuje argumenty dotyczące inskrypcji księcia pomorskiego Bogusława XIV (1580–1637) okraszonej trzema ilustracjami (będącymi fotografiami wykonanymi przez autora, najprawdopodobniej z innych prac), bez podania ich źródła (s. 20); a następnie omawia tytuły monarchów szwedzkich i duńskich (s. 21–22), nazwy miast Hanzeatyckich (s. 22), zabytki połabskie (s. 22–23), serbołużyckie (s. 23–25), słoweńskie (s. 25–26) i kaszubsko-słowińskie (s. 26–27), które nie potwierdzają tezy postawionej na początku artykułu. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę, by pokazać całkowity brak warsztatu i kompetencji badawczych A. Leszczyńskiego na przykładzie „rzekomej” inskrypcji. Po pierwsze, zdjęcie oznaczone symbolem fot. 1, zostało przez autora podpisana jako „inskrypcja tytularna księcia pomorskiego Bogusława XIV w j. łacińskim”, w rzeczywistości jest drukiem z roku 1654 roku, wydanym z okazji ceremonii pogrzebowej tegoż księcia, która odbyła się 17 lat po jego śmierci (tzw. panegiryk pogrzebowy). Na temat literatury panegirycznej, zob. W. Korotaj, Rozwój piśmiennictwa polskiego od połowy XV w. Do końca w. XVIII, [w:] Wiek XVII – Kontrreformacja – Barok. Prace z Historii Kultury. Studia Staropolskie, t. 29, Wrocław 1970; R. Ocieszek, Sławorodne wizerunki. O wierszowanych listach dedykacyjnych z XVII wieku, Katowice 1982; A. Dzięcioł, Książka jako symbol w kulturze polskiej XVII wieku, Warszawa 1997, B. Czarski, Stemmaty w staropolskich książkach, czyli rzecz o poezji heraldycznej, Warszawa 2012.
Rzeczony panegiryk wytłoczony został w drukarni Jakuba Jägera, drukarza z Greifswaldu, o czym można wyczytać na karcie tytułowej tego druku. Utwór dostępny jest w bibliotece cyfrowej ZOBACZ.


Po drugie, kwestia tytulatury, która pojawia się i na druku i inskrypcji nagrobnej. W XIII i XIV wieku książęta zachodniopomorscy tytułowali się książętami słowiańskimi oraz Kaszub (dux Slauorum et Cassubie). Po raz pierwszy tytulatura kaszubska pojawia się w bulli papieża Grzegorza IX z 1238 roku, w której książę szczeciński, Bogusław I, tytułowany jest księciem Kaszub. Przez samych książąt, tytulatura kaszubska została użyta po raz pierwszy w latach 50. XIII wieku, m.in. na pieczęci Barnima I oraz w dokumencie z 1267 roku. Tytulatura wandalska (dux Vandalorum), pojawia się wraz z powstaniem nowego, dziewięciopolowego herbu księstwa szczecińskiego w końcu wieku XV lub w wieku XVI. Tytulaturę wandalską odnoszono w późnym średniowieczu oraz w czasach nowożytnych do księstwa wendyjskiego (słupsko-sławieńskiego), ze stolicą w Słupsku. W skład tego terytorium wchodziły, oprócz Słupska i Sławna, ziemie bytowska i lęborska. Te ostatnie, zostały m.in. po wiktorii grunwaldzkiej nadane przez Władysława Jagiełłę w lenno Bogusławowi VIII, księciu stargardzkiemu, w 1488 przez Kazimierza Jagiellończyka Erykowi II, księciu wołogoskiemu, a w 1493 Bogusławowi X, księciu szczecińskiemu. Kolejnymi przykładami, związanymi z herbem księstwa szczecińskiego są zabytki mennictwa pomorskiego, zakupionego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w styczniu 2013 roku ZOBACZ. Tytulatura wandalska pojawia się m.in. na talarze Jana Fryderyka z 1583 roku, talarze Franciszka I z lat 1619–1620, podwójnym talarze wybitym na pamiątkę śmierci Filipa Juliusza w 1625 roku czy talarze Bogusława XIV, bitego w latach 1628–1637. Autor nie zdaje sobie sprawy, że tytulatura księcia Bogusława XIV, która pojawia się w druku zaproszenia na ceremonię pogrzebową (szczątki tego księcia zostały pochowane dopiero 17 lat po jego śmierci), jak i inskrypcja (fot. 2 w artykule), przedstawia wszystkie posiadłości ziemskie tegoż władcy. A jak już wspomniane zostało, księstwo wendyjskie jest księstwem słupsko-sławieńskim. Nie widać w tej argumentacji żadnych powiązań pomiędzy Wenedami/Wandalami a Słowianami, jak to w artykule przedstawił A. Leszczyński. Już samo pomylenie druku z inskrypcją jest dla autora kompromitacją. Wyciąganie wniosków z XVII wiecznego panegiryku pośmiertnego i przenoszenie tytulatury, nie znając kontekstów jej powstania, na okres wczesnego średniowiecza, jest błędem kardynalnym, który tylko dopełnia obraz całkowitego braku kompetencji badawczych i warsztatu autora.
W przypadku tego artykułu idealnie pasuje ukute przez pewnego naukowca sparafrazowane przysłowie „pokaż mi swoje przypisy, a powiem Ci, ile jest warta twoja praca”. Przypis jest odsyłaczem do literatury, na której bazie przedstawiamy poglądy naukowców. Służy też do objaśniania, komentowania, polemizowania lub dygresji autorskiej. Nie dość, że w tekście A. Leszczyńskiego aparatu naukowego po prostu nie ma, to niepokojąca jest tendencja autora do posiłkowania się w swoich badaniach Wikipedią (zob. Przypis 4, 6, 10, 12, 14–16, 20, 24, 26, 28–29, tj. 13 na 30 przypisów). Dlatego też artykuł sprawia wrażenia napisanego na kolanie. Trudno też prostować każde zdanie autora, bo mija się to z celem, zwłaszcza że pełna, naukowa polemika ze wszystkimi tezami autora, w tym z genetycznymi, mogłaby rozrosnąć się do poważnego opracowania monograficznego. Rację ma tutaj Jakub Linetty, który wchodząc w polemikę z Czesławem Białczyńskim, trafnie stwierdził, że z bzdurami nie można dyskutować, lecz jedynie prostować informacje zawarte w steku pomówień lechickich doktrynerów.
Swój tekst autor konkluduje w następujący sposób: Wszystkie wymienione, liczne przykłady dawnych źródeł pisanych świadczą niezbicie o ścisłym związku Słowian z Wenedami/Wandalami. Świadczą też o tym, że nazwy „Wenedowie” i „Wandalowie” są sobie tożsame i określają jeden i ten sam etnos (s. 27). Autor nie wyjaśnia jednak, co z Wenedami zamieszkałymi w Italii czy Bretanii. Można odnieść wrażenie, że skoro Leszczyński postuluje (podkreślmy, postuluje, a nie udowadnia) ścisły związek Słowian z Wenedami/Wandalami, to w takim razie czy uprawnione jest stwierdzenie, że Słowianie żyli tam, gdzie byli Wenedowie i Wandalowie? Czy w takim razie Jordanes przywoływany przez Leszczyńskiego się mylił?
Czytając ten artykuł, mamy swoiste déjà vu, związane z książką „Słowiańscy królowie Lechii” Janusza Bieszka. Tam też autor, rzucał różnymi źródłami, twierdząc, że to udowadnia Jego twierdzeniom. Jak wtedy wykazaliśmy, autor jedynie wykazał to, że jest dyletantem w dziedzinie badań historycznych. Podobnie sprawa się ma z analizowanym artykułem.
Przykre to, że taki bubel ukazał się w czasopiśmie sygnowanym przez Polskie Towarzystwo Historyczne. Przykre jest też to, że swoją pieczęcią PTH legitymizuje taką hochsztaplerkę i nepotyzm. Przemilczmy już fakt, że od kilku lat w Internecie A. Leszczyński, jako jedną z metod dyskusji obrał sobie oczernianie i pomawianie swoich oponentów. Do takich „kontrargumentów” nie zamierzamy się odnosić, ani nawet ich komentować. Zauważyliśmy nawet, że ignorowanie inwektyw A. Leszczyńskiego, jeszcze bardziej napędza go do tworzenia kolejnych epitetów.
Konkludując: A. Leszczyński nie wykazał stosownych kompetencji warsztatowych i badawczych, by jego artykuł uznać za dzieło wnoszące wartość dodaną do obecnego stanu wiedzy w zakresie historii, źródłoznawstwa, archeologii czy genetyki. Autor nie sili się nawet na tyle, by ukryć ideologiczny charakter swojego tekstu, pisanego pod z góry zakładaną tezę o tożsamości Wenedów, Wandalów i Słowian. Niestety rzutuje to na konkluzje autora, gdzie objawia się, w pewnym stopniu, buta A. Leszczyńskiego, który swoje tezy uznaje za „fakty oczywiste i niebudzące wątpliwości”. Niestety jest to pogląd bardzo mylny. Zastrzeżeń i wątpliwości jest wiele, zgłaszanych przez badaczy, o których autor artykułu po prostu nie wie, nie zdając sobie jednocześnie sprawy, że w nauce nic nie jest oczywiste do samego końca.

Smarkateria z bloga Sigillum Authenticum
oraz watykansko-krzyżacko-wiedeński korespondent

27 komentarzy:

  1. Brawo, ktoś wreszcie (poza mną) podsumował Leszczyńskiego. Jest to osoba o wyjątkowo wrednym charakterze, typowy internetowy hejter, sam wszczynający kłótnie, a potem obrażający w niewybredny sposób rozmówców i odgrażający się rękoczynami (tak!). Tacy ludzie powinni być wykluczeni z życia publicznego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Panie Grzegorzu, dziękujemy za miłe słowa. Czytaliśmy Pańską "dyskusję" z Panem Leszczyńskim z 2014 roku. Słynny argument o opamiętaniu się po "daniu w gębę".
      Dostawaliśmy kilka sygnałów od naszych czytelników, że pisząc im na pw, zaczynał im wygrażać.
      Czy możemy zadać Panu pewne pytanie? Słyszeliśmy, o sytuacji, że groźby Pana Leszczyńskiego zostały zgłoszone na policje. Czy Pan wie coś na ten temat?

      Usuń
    2. Pokażcie mapy przed 966 rokiem, które przeczą istnienia Imperium Lechitów

      Usuń
    3. Pokażcie mapy przed 966 rokiem,które przeczą istnienia Imperium Lechitów.

      Usuń
    4. Nie ma takiej mapy, na której znalazłbyś to lechickie imperium. Wystarczy?

      Usuń
    5. Chyba, że chodzi o te mapy podrobione przez wyznawcow wielkiej lechii, to trzeba się do nich zwrocić.

      Usuń
  2. Gdzie można znaleźć dyskusję Leszczyńskiego z p. Jagodzińskim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj: http://www.taraka.pl/dyskusja_o_autochtonizmie_slowian

      Usuń
    2. Na taraka.pl pod artykułami A. Leszczyńskiego

      Usuń
    3. Podajcie dowody fałszerstwa Kroniki Prokosza.

      Usuń
    4. Podamy, podamy za kilka dni, przy recenzji edycji Prokosza BELLONY.

      Usuń
  3. Czyżby zazdrość? Najwyraźniej pan Adrian jest bardziej rzetelny i naukowy niż wasza plująca często jadem i kreująca sie niesłusznie na merytoryczną strona. ;) Że wam UJ pozwala na takie nieprofesjonalne publikacje. I jeszcze ten atak na Drewniaka. Zazdrość przez was przemawia. Choć wg mnie to bardziej żałość. A co do pana Adriana to zamiast wypisywać na blogu takie inwektywy licząc, że ktoś z szanujących się historyków tu zajrzy to bardziej dojrzałe byłoby napisać list albo wybrać się na rozmowę osobiście do Towarzystwa Historycznego. Zaś co do Prokosza, to jak już macie być "rzetelni i obiektywni" to też proszę o obiektywne podejście do Lelewela i jego niezbyt obiektywnych wybryków w działalności historycznej. Bo samo to, że krytykował ów kronikę nie może być wystarczającym powodem by ją od razu deklasować - co innego gdyby Lelewel był godnym zaufania historykiem - ale takim nie był! Nie żebym bronił Kroniki Prokosza, ale jak już się macie za nią wziąć to przydałoby się to zrobić profesjonalnie, w opozycji do dziecinady z poprzednich wpisów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego twierdzisz że wielki patriota jakim był Joachim Lelewel, obrońca teorii pisma Słowian, powstaniec, i założyciel Komitetu Narodowego Polskiego byłby niegodny zaufania?
      On nie tylko ją krytykował. Odkrył że jest sfałszowany, co było częste w tamtych czasach. Niektóre rody pisały całą historię od nowa, aby pokazać ludziom że "pochodzą od Juliusza Cezara w linii prostej".
      Kronika Prokosza gdyby była autentyczna, nie byłaby pisana po Polsku, tylko po Łacinie, bo tak wtedy pisano kroniki. Mało tego, nie jest to polszczyzną pierwszych Piastów, ale nowożytna. Dodatkowo Prokosz jako Arcybiskup Krakowski nie mógł wtedy istnieć, bo... Biskupstwo Krakowskie podlegało pod Morawy!

      Usuń
    2. Ci, co Lelewela od patriotyzmu odsądzają, wiedzieć powinni, iż właśnie on, z patriotycznych pobudek, rozgłosił "Polacy odkryli Amerykę" (chodzi o Jana z Kolna).

      Usuń
  4. Ostatnio natknąłem się na artykuł antyturbosłowiański, może Was zainteresuje. Pisaliście już o tym aspekcie sprawy , ale chyba trochę mniej wyczerpująco
    https://fanbojizycie.wordpress.com/2016/12/30/dalnogrupa-r1a1/#more-3345

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie sam Lelewel "Prokosza" obśmiał. To powszechne wśród historyków. Ta rzekoma kronika powinna być wykorzystywana w szkole fałszerzy w trakcie lekcji: "Fałszowanie dokumentów i źródeł historycznych - jak tego nie robić. Omówienie podstawowych błędów.".
    Co zaś do samego Joachima Lelewela i oceny jego pracy: zanim zaczniesz to czynić - poczytaj.

    OdpowiedzUsuń
  6. A co na to dawni Szwedzi i ich gotycyzm (inszy odpowiednik naszego „turbosłowianizmu”, „Wielkiej Lechii”)? Już w 1434 roku w czasie obrad soboru w Bazylei biskup Växjö Nikolaus Ragvaldi (Nils Ragvaldsson) wygłosił mowę, w której dowodził, że wszystkie wielkie ludy – Goci, Wandalowie, Longobardowie i inne – pochodzą od Szwedów. To właśnie ze Szwecji wyszły wszystkie te wielkie ludy, które następnie podbiły Egipt, Azję, walczyły pod Troją, z królami perskimi (Dariusza mieli nawet zabić), za żony wzięli sobie Amazonki. Sam Aleksander Wielki nie mógł ich pokonać. W końcu walczyli z Rzymem, który podbili… W końcu, w czasach szwedzkiej mocarstwowości, Olof Rudbeck st. w Atland eller Manheim (koniec XVII w.) dowodził, że Szwecja jest opisaną przez Platona Atlantydą, centrum świata, kolebką cywilizacji… ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli dobrze pamiętam wg Rudbecka mitologiczny Labirynt też był w Szwecji.

      Usuń
  7. Jak sam zauważyłeś, było to setki lat temu. W 1633 roku Wojciech Dębołęcki wydał "Wywód jedynowłasnego państwa świata". Dowodził, że Adam w raju mówił po polsku, Korona Polska Królestwem Scytyckim jest i prawo do władzy nad światem jej dziedzictwem jest. Kadłubek jednak skromniejszy był.
    I coby było weselej, to Dębołęcki ze swymi urojeniami autorytetem jest dla panów Czesława Białczyńskiego i Rafała Gawrońskiego, znanego również w internetach jako Rafzen http://bialczynski.pl/slowianie-w-dziejach-mitologia-slowian-i-wiara-przyrody/straznicy-wiary-slowianskiej-wiary-przyrodzoney/o-ii-staroslowianskiej-swiatyni-swiatla-swiata-w-warszawie-andrzej-niemojewski-1864-1921-i-lech-niemojewski-1864-1952/ksiadz-wojciech-debolecki-1585-1646-zasluzony-dla-wiary-przyrodzoney-slowian-wywod-iedynowlasnego-panstwa-swiata-albo-o-antypolskich-klamstwach-wikipedii-i-skadze-to/).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie. Zmierzam do tego, że w tamtych czasach tego typu wywody-rodowody pojawiały się w różnych częściach Europy. Mogło to służyć np. podniesieniu prestiżu państwa, rodu, władcy i jego poddanych itp. Można wyliczyć wiele powodów. Po prostu „opłacało się” wtedy „pochodzić w prostej linii od Juliusza Cezara” lub Gotów. Taka ówczesna „polityka historyczna”. Ale współcześnie czemu mają służyć pomysły „Wielkiej Lechii” itp., oparte na „odkryciach i zaginionych kronikach”. No, dobrze się to sprzedaje.

      Jeszcze wracając do Nikolausa Ragvaldiego i jego wystąpienia w Bazylei. Celem przemowy biskupa, przedstawciela króla Szwecji, Danii i Norwegii – Eryka Pomorskiego, było uzyskanie najlepszego miejsca na sali obrad soborowych. Stąd wywód o wielkich czynach pochodzących ze Szwecji Gotów. Dlatego też Szwecja jest najstarszym i bardziej znakomitym niż pozostałe państwa. Z tego powodu właśnie jej przedstawicielowi należy się najlepsze miejsce. Po przemowie biskupa Växjö został, nastąpiła przemowa przedstawiciela Hiszpanii, który przyznał rację Szwedowi, że Goci przywędrowali dawno temu do Hiszpanii właśnie ze Skandynawii, a królowie hiszpańscy pochodzą od Gotów. Ale po opuszczeniu przez najodważniejszych z Gotów Północy, ich chwała przeszła razem z nimi na południe, a na Północy pozostali po odejściu najlepszych sami nieudacznicy. Z tego powodu sława Gotów nie należy się mieszkańcom Skandynawii i biskup Ragvaldi honorowego miejsca nie otrzymał. Tak mniej więcej mogłaby też współcześnie wyglądać „dyskusja” pomiędzy zwolennikami podobnych, w zasadzie niczym nieudokumentowanych ideologii.

      Usuń
    2. I dlatego nikt normalny nie sięga po argumenty tego rodzaju, których użył Nicolaus Ragvaldi. Nasi Lechici pojąć tego nie potrafią.

      Usuń
    3. Pól wieku po Dębołęckim Szwed Andrzej Kempe parodiując Rudbecka napisał "Języki Raju" gdzie Bóg mówił po szwedzku, Adam po duńsku, Wąż syczał po francusku...

      Usuń
  8. Panowie historycy, muszę przyznać, że zawiodłem się na Was. Sądziłem, że zobaczę tu, na Waszych stronach, porządne dyskusje, a widzę przepychanki mądralińskich dzieci w piaskownicy, gotowych pobiec za każde nietaktowne słowo, na skargę do mamusi...
    Z latami coraz bardziej przekonuję się, że wykształcenie (tj. nabyta wiedza) nie idzie w parze z mądrością i kulturą osobistą.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Na blogu Pana Białczyńskiego Pan Leszczyński udostępnił link do pracy z 2004 roku austriackiego historyka Rolanda Steinachera, która wg niego w pełni potwierdza jego tezy: http://www.musiklexikon.ac.at:8000/wenden_slawen_329_354.pdf
    Czy Panowie się do tego odniosą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko po pobieżnym przejrzeniu obu prac, które w komentarzu u Białczyńskiego przytacza A. Leszczyński, da się stwierdzić, że A. Leszczyński ich nie przeczytał (ewentualnie tylko tytuł). Same artykuły są opisem i krytyką średniowiecznych i nowożytnych koncepcji łączenia Wenedów, Wandali i Słowian, zwłaszcza na przykładzie historiografii meklemburskiej, która tą koncepcję ciągnęła aż do wieku XIX. Zresztą wycisnęła ona piętno, począwszy od starożytnych nawet do humanistycznej historiografii polskiej. Wymowne z tych tekstów R. Steinachera jest to, że krytycznie podchodzi on do owych rozważań i identyfikacji, przedstawiając konkretne przykłady oraz kontekst historyczny i ideowy ich powstania. Moim zdaniem - piękne samozaoranie się A. Leszczyńskiego.

      Usuń
    2. Nie mógł tych prac przeczytać, ponieważ nie zna języka niemieckiego (https://pl.linkedin.com/in/adrian-leszczy%C5%84ski-9247b9113). Takie drobnostki nie przeszkadzają licznym mędrcom, skupionym obecnie wokół Czesława Białczyńskiego. W dziełach polskich uczonych, po polsku wydanych też znajdują mnogie potwierdzenia swoich urojeń, choć niczego takiego nie da się w nich doszukać. Oto, co spotkało Antoniego Małeckiego: http://bialczynski.pl/2016/11/29/materialy-zrodlowe-kronikarskie-do-tematu-wielkiej-lechii/. Wystarczył tytuł „Lechici w świetle historycznej krytyki”, by z autora konsekwentnie krytykującego "lechistów" uczynić piewcę Wielkiej Lechii.

      Usuń