poniedziałek, 2 stycznia 2017

Krytyka krytyki na wybranych przykładach. W sprawie tekstu Czesława Białczyńskiego

1 stycznia 2017 r., Czesław Białczyński na swojej stronie internetowej opublikował krytykę dotyczącą tekstu Jakuba Linetty pt. „Trudne początki archeologii – odkrycia, interpretacje i nadinterpretacje w dociekaniach archeologicznych Tadeusza Wolańskiego” (Museion Poloniae Maioris, t. II, 2015, s. 103–124) ZOBACZ. Autor krytyki pozwolił sobie na zbyt pochopne wnioski i ataki personalne, które nie mają niczego wspólnego z merytoryczną dyskusją. W swoim tekście C. Białczyński pozwolił sobie nie tylko na emocjonalne rozterki, połączone z naginaniem faktów, lecz również na naruszenie praw autorskich do tekstu i ilustracji, publikując ich skany, do czego nie ma prawa. Autor tekstu ze strachu już dwa razy wprowadzał korekty, pod wpływem komentarzy czytelników i samego autora krytykowanego tekstu.
Krytykant tłumaczył się w następujący sposób (wypowiedź przytoczona na podstawie prawa cytatu): polemika polega na odnoszeniu się do tekstu wyjściowego i nie ma innej możliwości krytykowania tekstu wyjściowego niż tekst wyjściowy przedstawić i odnieść się do tez tam zawartych. Trudno żebym wyrywał zdania z kontekstu i je krytykował. Autor tej tezy, nie wie, być może nie rozumie, że można po prostu przepisać fragment tekstu jako wyimek, podając źródło (strony w tekście) i stosownie się do niego odnieść. Zresztą dokonywanie polemiki publikując zarazem skany całego tekstu nie jest czytelne dla odbiorcy. Każdy zainteresowany sięgnie do omawianego tekstu, zwłaszcza, że jest dostępny w serwisie academia.edu ZOBACZ.
Czytelnicy strony C. Białczyńskiego, szybko wskazali na ten mankament wpisu. C. Białczyński, nie potrafiąc pogodzić się z tym faktem, dopisał do polemiki swoiste post scriptum, w którym oczywiście odwrócił kota ogonem i stwierdził:
Moi drodzy czytelnicy – ponieważ środowisko naukowe zareagowało na tę krytykę NADWRAŻLIWIE i w sposób dosyć typowy dla III RP atakując jak widzicie pod artykułem sam artykuł nie od strony meritum, ale od strony praw autorskich do cytowanej w mojej polemice publikacji, dla świętego spokoju, jestem zmuszony ograniczyć się do przedstawienia tutaj wybranych z kontekstu całości fragmentów. Wyrywanie z kontekstu nie jest dobrą praktyką – dlatego zamieszczam link do publikacji oryginalnej w całości, dla tych którzy zechcą na tyle się wgłębić, żeby zalogować się do biblioteki z PDFem, a tutaj tylko kilka fragmentów, do których się odwołuję. Mój komentarz do całej sprawy – Uderz w stół a odezwą się obrońcy… ale obrońcy czego? Praw autorskich?
Autor jak widać, nie potrafi się pogodzić z tym, że ktoś wystąpił w obronie praw autorskich i dalej snuje swoje teorie spiskowe. Być może w świecie fantazmatu Wielkiej Lechii wszystko jest wspólne i można każdego obrzucać błotem, jak się komu podoba. Nie ma na to zgody! Bardzo ciekawy w tej układance jest fakt, że C. Białczyński, jako scenarzysta i pisarz winien być dobrze obeznany z prawem własności intelektualnej i prawach pokrewnych, a także z pojęciem prawa cytatu, prawa do przedruku itp. Ciekawi nas jedno, czy w sytuacji, gdyby ktoś bez zgody C. Białczyńskiego wrzucił całościowe skany jego prac, albo umieścił nielegalnie w sieci jego książki czy scenariusze, to jakby zareagował? Pozwoliłby na utratę swoich praw autorskich i majątkowych czy protestowałby i żądał usunięcia materiałów, których jest autorem?
W niniejszym tekście, nie zamierzamy występować w roli adwokata Pana J. Linetty, ponieważ autor może bronić się sam. Celem tego tekstu, jest pokazanie braku warsztatu krytycznego, naginania faktów oraz dementowanie bzdur wypisywanych przez C. Białczyńskiego. Mamy zamiar cytować tylko wybrane fragmenty krytyki lechickiego propagatora, wszystkie wypowiedzi przytaczamy na podstawie prawa cytatu, reszta znajduje się na stronie bialczynski.pl. Zaczynamy:
 
Autor zamiast wnosić swój oryginalny wkład do nauki i uprawiać naukę w sposób twórczy z zastosowaniem metod holistycznych, sięgając w pracy także po badania aktualne z innych dyscyplin wiedzy, stosuje tzw „klasyczne” podejście , które jest absolutnie bezpieczne dla piszącego i pozwala mu trwać w zgodzie z zarządcami katedry na swojej uczelni. Mało tego, dzięki temu oportunizmowi będzie niedługo uchodził za wykładowcę „doskonałego”, za pedagoga „najwyższej klasy”, a także będzie mnożył publikacje (podobnej jakości) co uprawni decydentów do przedstawiania go jako wnoszącego „cenny wkład” w naukę, jako osobę, której po prostu „należy się” tytuł naukowy. Że taka metoda jest dla nauki szkodliwa – nic to!
Pan C. Białczyński kompletnie nie wie, o czym pisze. Po pierwsze, metoda holistyczna dotyczy przede wszystkim nauki języka obcego. W jaki sposób adwersarz chce używać tej metody w naukach historycznych? Tego nie wyjaśnia. Myli metodę holistyczną z badaniami interdyscyplinarnymi. Po drugie, uprawianie nauki w ujęciu „klasycznym” nie jest błędem warsztatowym. Dalej, C. Białczyński stosuje serię ataków personalnych na autora recenzowanego artykułu – zarzut ten jest kompletne chybiony i niezwiązany z merytorycznym odniesieniem się do tekstu. C. Białczyński nie rozumie i nie chce zrozumieć, czym jest recenzja czy krytyka tekstu naukowego, aby się do takowego odnieść nie można na wstępie obrażać i imputować autorowi złej woli badawczej.
Szkoda również, że niedouczony metodolog C. Białczyński nie wyjaśnił, dlaczego metoda „klasyczna” jest szkodliwa dla nauki.

Prosiłbym czytelników żeby tej krytyki nie łączyć z nazwiskiem autora – czyjaś praca musiała posłużyć nam za przykład, a że ta dotyczy Tadeusza Wolańskiego, który nie zasłużył na potraktowanie z buta przez tzw. naukę polską XXI wieku, więc ten tekst wybraliśmy do krytyki.
Szkoda tylko, że adwersarz C. Białczyński we wskazanym wcześniej wstępie (jak i w późniejszych partiach tekstu) obraża mimowolnie autora „recenzowanego” tekstu, jak również wysuwa zbyt daleko idące porównania i wnioski! Zdaniem C. Białczyńskiego o Tadeuszu Wolańskim można pisać tylko peany, nie zrażając się tym, co i jak pisał oraz ile jego sądy są warte dzisiaj, poddane próbie czasu i prowadzonym badaniom. Nikt w procesie naukowo-dowodowym nie traktuje postaci historycznej z buta, jak to określa C. Białczyński. Autor tej „krytyki” nie rozumie, na czym polega napisanie tekstu z aparatem krytycznym, a sam kieruje się tylko swoim światopoglądem i emocjami.
Polscy naukowcy są ponadto tak uwikłani w różne gierki na uczelniach, w tym w grę o zachodnioeuropejskie granty fundowane głównie przez Niemców, Skandynawów, Francuzów i Anglosasów oraz w grę o międzynarodowe publikacje, że gotowi są napisać największą bzdurę byle była ona zgodna z ogólnym chórem międzynarodowym i przebiła się do poważnego periodyku naukowego na Zachodzie.
Cóż, polskie Uniwersytety trapią różne patologie. Natomiast, co jest złego w otrzymaniu grantu czy stypendium zagranicznego? Jest to praktykowane od wielu lat, i to z powodzeniem. To tak jakby powiedzieć, że polscy lekarze są zależni od zachodu, gdyż wyjeżdżają na granty, staże i praktyki. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Dzięki temu, ludzie nauki zdobywają wiedzę, doświadczenie, umiejętności. C. Białczyński powinien sprecyzować, co ma na myśli, pisząc o tych bzdurach, bo jak na razie to autor wykazuje się samymi niedorzecznościami.
Ponadto, animator kultury C. Białczyński nie słyszał o polskim programie grantów ogłaszane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki oraz przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego? Istnieje wolność badań naukowych, nikt nikomu nie narzuca, o czym powinien pisać pracę badawczą. Inną sprawą jest, jakie tematy badawcze dostają granty, jest to jednak temat na osobne opracowanie. Zresztą, co to ma do krytyki tekstu J. Linetty?

Na polskich uniwersytetach króluje tego typu narracja pseudonaukowa, która pozwala pisać „bezpiecznie” w nieskończoność dzieła w istocie literackie, powtarzać po innych ich archaiczne już dzisiaj wypracowania, mnożyć publikacje i zbierać punkciki niezbędne do kolejnych akceptacji rocznych i otwarcia doktoratu.
Co do zbierania punktów to racja, bzdura jeśli chodzi o kwestie „bezpieczeństwa” powtarzania poglądów. Jak wskazywaliśmy, istnieje wolność badawcza, a C. Białczyńskiego boli to, że nikt na uniwersytecie nie chce podjąć tematu bzdur, jakim jest niewątpliwie fantazmat Wielkiej Lechii.

Cytuję powyższy fragment by uzmysłowić metodę pisania tej pracy. Widać to dobrze od samego początku, będzie nią bezrefleksyjne powtarzanie cudzych sądów. Czyli esej literacki, kompilacja sądów innych autorów z zamierzchłej przeszłości. Mnie się wydawało, że nauka współczesna to nauka XXI wieku, a tutaj mamy dyskredytujące Wolańskiego cytaty z pierwszej połowy wieku XX.
W tekstach naukowych na początku przedstawia się stan badań nad podejmowanym zagadnieniem. Nie jest to dziwne, jeśli zna się metodologię pracy naukowca. A tej C. Białczyński jeszcze nie posiadł.

Takie właśnie są poglądy pana Skroka, które nie wiadomo po co w ogóle Autor przytacza, skoro są według niego samego niewiarygodne.
Właśnie na tym polega krytyczna analiza poglądów w tekstach naukowych. Zestawia się poglądy, z którymi nie musimy się zgadzać światopoglądowo. Nazywa się to obiektywizm badawczy, który C. Białczyński nie akceptuje, co jest błędem w przypadku krytyki tekstu naukowego.

Jest też dziwne, że jako historyk, nie zna on pracy doktorskiej Piotra Makucha z Wydziału Historii UJ, na temat związków legendy o Kraku z legendami historycznymi o królu Cyrusie […].
Bzdura. Doktor Piotr Makuch nie pisał swojej dysertacji doktorskiej na Wydziale Historycznym UJ, jakby chciał krytykant C. Białczyński, lecz na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ, a konkretnie w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych. Dr Makuch jest z wykształcenia prawnikiem, a nie historykiem. To zasadnicza różnica, gdyż żaden historyk nie był recenzentem jego rozprawy doktorskiej, bo jakby tak było, zostałaby ona zmiażdżona merytorycznie. Informację, które tutaj prezentujemy, nie są wiedzą tajemną, wystarczy poszukać w stosownych serwisach internetowych, a jako dziennikarz C. Białczyński powinien posiadać takowe umiejętności.


Sama praca P. Makucha doczekała się krytycznego rozjechania walcem mediewistycznym i historycznym prowadzonym przez Dariusza Andrzeja Sikorskiego na forum internetowym historycy.org, o czym już w swoich wpisach wspominaliśmy ZOBACZ.

Autor na lingwistyce się nie zna, najwyraźniej tak samo jak redaktorzy Gazety Warszawskiej, ale czyż nie jest on naukowcem XXI wieku, w odróżnieniu od redaktorów XIX wiecznej gazety, jak zwykle w skolonizowanej przez Niemców (Prusaków) Polszcze zapatrzonych w Autorytety z Prus i EUROPY?!
Bzdura. Kolejny przykład prymitywnego ataku personalnego. C. Białczyński nie wie, że po dekadach zaniedbań, niedofinansowania polskiej nauki, w ostatnich latach Polska stara się nadrobić te zaległości. Niestety nowe tendencje badawcze, paradygmaty i macierze oraz metody powstają głównie na zachodzie Europy i w kręgu uniwersytetów anglosaskich. Chcąc dogonić świat w tym zakresie, musimy czerpać z ich dorobku, dokładając swoją oryginalną myśl, dostosowaną do polskiego stanu zachowania źródeł, ich jakości czy ilości. Bez tego polskie uniwersytety nadal będą na szarym końcu wszelkich rankingów.

Tak moim zdaniem postąpiłby w swojej dysertacji każdy polski naukowiec, który miałby odwagę na własny osąd historii, który miałby odwagę stracić niemieckie/UE granty, który nie lękałby się ostracyzmu ze strony niemieckich/UE/anglosaskich czasopism naukowych, za głoszenie swoich poglądów. Trzeba wielkiej odwagi by nie lękać się takiego ostracyzmu, jaki spotkał Wolańskiego za jego czasów, a jaki mu się dzisiaj w XXI wieku ponownie pośmiertnie w polskich publikacjach serwuje.
Na jakiej podstawie twierdzi, że autor artykułu ma jakiś grant? Jaki ostracyzm!? Pomylenie z poplątaniem. W środowisku naukowym bywają ostre polemiki, ale każdy się szanuje i nic nie jest zależne od systemu grantowego. W ogóle C. Białczyński nie wie, jaka jest procedura przyznawana grantu, w ogóle nic nie chce zrozumieć, a co najważniejsze – dowiedzieć się, jak dana rzecz funkcjonuje.
A teraz kilka tekstów C. Białczyńskiego z komentarzy. Jak pisaliśmy na początku, czytelnicy szeroko polemizowali z autorem. Jak się okazało, gdy przyciśnie się do muru, wychodzą ładne kwiatki:

Popularyzacja artykułów naukowych, nawet gdy się o nich pisze krytycznie pozostaje popularyzacją. Każdy może wyciągnąć z mojej krytyki własne wnioski. Pan ocenił, że brak mi argumentów, a mój tekst to „pseudonaukowy bełkot” + „kilka zmyślonych lub przekręconych informacji”- to pana opinia. Pana opinia nie jest niestety opinią merytoryczną tylko emocjonalną.
Nasz wniosek z Pana krytyki jest prosty – jest Pan dyletantem w kwestiach nauk historycznych, a Pańska polemika nie ma niczego wspólnego z merytoryką.

Tak jak to ma miejsce w wypadku publikacji prasowych, każdy tekst naukowy powinien być dostępny nie tylko do przeczytania, ale także dla krytyki, a dostęp do niego powinien być powszechny. Jako podatnik domagam się prawa do pełnej przejrzystości i publikacji, z dostępem dla każdego obywatela, także tych tekstów rzekomo naukowych, które są literackimi opracowaniami, a nie żadnymi artykułami naukowymi. Czasy Świętych Krów Nauki już się skończyły. Wydawać pieniądze podatników tak, poddać się krytyce nie – oto jak działa to środowisko „naukowe”.
Wyobraźmy sobie co by było gdyby rzetelna krytyka odbywała się wewnątrz tego środowiska „darmozjadów”. W jaki sposób oni sami mogą skrytykować wzajemnie własne teksty nawzajem. Choroba nauk humanistycznych, jak widać jest bardzo głęboka skoro środowisko naukowe ima się takich podłych sposobów żeby uniknąć odpowiedzialności za własne słowo.
Kompletnie niedorzeczności. Wszystkie teksty naukowe są publikowane w periodykach naukowych, które dostępne są w księgarniach akademickich, jak również w bibliotekach naukowych całej Polski. Biblioteka Narodowa w Warszawie i 14 innych bibliotek naukowych w naszym kraju otrzymuje tzw. egzemplarz obowiązkowy każdej publikacji wydanej na terenie Rzeczpospolitej. W tym również prac zbiorowych i periodyków naukowych. Rzeczywiście, w kiosku nie można kupić np. „Kwartalnika Historycznego”, gdyż tego typu czasopisma są skierowane do wąskiego grona specjalistów i miłośników historii. Wystarczy się jednak wysilić, by dotrzeć do stosownego tekstu naukowego. Wielu badaczy coraz częściej publikuje swoje prace w serwisie academia.edu, czego przykładem jest krytykowany przez C. Białczyńskiego tekst.
Ponadto C. Białczyński ma nieaktualne dane, ponieważ periodyki naukowe są wydawane w większości przez wydawnictwa prywatne (naukowe, historyczne, etc.), które kierowane są przez Fundacje czy Towarzystwa Naukowe, a one nie dysponują subwencją z budżetu państwa (czyt. pieniędzmi podatników). Utrzymują się ze składek, czy sprzedaży swoich produktów. Dlaczego C. Białczyński wciska takie bzdury swoim czytelnikom?
Po raz kolejny dyletant C. Białczyński obraża środowisko naukowe, nazywając ich pieszczotliwie „darmozjadami”. Diagnoza o chorobie nauk humanistycznych jest całkowicie chybiona, nie polega ona na sposobie dyskusji czy polemiki, tylko na rozwiązaniach systemowych, bzdurach biurokratycznych, braku statusu doktorantów, którzy są parobkami na uniwersytetach, skończywszy na nepotyzmie i kumoterstwie.
Wypowiedź C. Białczyńskiego pokazuje, że nigdy nie miał w ręku żadnego periodyku naukowego. Nie wie nawet, jakie ostre dyskusje są publikowane na łamach tych tytułów.

Po drugie Szanowny panie Soros pan nie odróżnia chyba publicystyki i krytyki publicysty od krytyki naukowej. Każdy czytelnik tego blogu i nie tylko tego ale każdy kto wstuka sobie moje nazwisko w Google wie że nie jestem historykiem, ani archeologiem tylko pisarzem i scenarzystą oraz dziennikarzem i animatorem kultury. Ten tekst publicystyczny a nie krytyka naukowa odnosi się ogólnie do nauki polskiej na konkretnym przykładzie opisanej. Jak podałem we wstępie znam te opisywane w moim publicystycznym tekście zjawiska uczelniane z autopsji bardzo bliskiej, z co najmniej czterech wydziałów: historii, psychologii, religioznawstwa i historii sztuki. Proszę nie pytać o konkretne źródła bo ich nie podam jako publicysta, ale skonkretyzować możemy do uczelni – niech to będzie UJ.
C. Białczyński sam się tym komentarzem zaorał. Przyznaje się, że nie jest historykiem, a jego krytyka jest publicystyczna... Skoro autor chce skrytykować patologie akademickie, to, po co wykorzystuje konkretny tekst, zamiast dokładnie opisać zjawiska, o które mu chodzi. Jeżeli autor ma tutaj na myśli wspomniany system grantowy i zależność badań od niego, to jest to kompletnie chybiony argument wyssany z palca. A dalej to klasyczne: wiem, ale nie powiem.

Krytyce została przeze mnie poddana METODA zilustrowana kilkoma przykładami z tekstu konkretnego Autora. Do tego pan się w swoim wpisie nie odnosi, zamiast odniesienia się do meritum prezentuje pan swoją własną tezę, która głosi że Polska Nauka nie jest zależna od UE-grantów? Jak pan sądzi, kto panu uwierzy? Zapewniam pana, że moi znajomi z UJ mają inne zdanie. Czy rzeczywiście muszę powoływać się na przykłady skoro wszystko w polskiej nauce na stypendiach, wymianach, grantach, publikacjach anglosaskich i niemieckich stoi?
Kolejna bzdura. O jakiej metodzie pisze C. Białczyński, skoro żadnej nie zna. Znowu wszyscy zależni od UE. Powtarza to w całym wywodzie jak mantrę. Szkoda to już komentować.
Na koniec musimy jednak przyznać, że C. Białczyński chciał zachować resztki honoru. Odezwał się do niego autor tekstu, w odpowiedzi C. Białczyński odwraca kota ogonem i przyznaje... rację autorowi! Niestety C. Białczyński, przy tej okazji złamał tajemnicę korespondencji publikując list autora bez jego zgody, a po wytknięciu tego błędu w komentarzach, C. Białczyński usunął te wpisy, które wskazywały na kolejne złamanie przez niego prawa. Niestety nadal nie zastosował się do postulatu autora tekstu i nie usunął skanów artykułu. Natomiast ocenzurował krytyczne wobec jego nieetycznych działań wpisy umieszczone na jego stronie.

Sygillusz i żydowska spółka

 

4 komentarze:

  1. EDIT: Autor polemiki wreszcie usunął skany ze swojego tekstu.

    OdpowiedzUsuń
  2. ,,Celem tego tekstu, jest pokazanie braku warsztatu krytycznego, naginanie faktów oraz dementowanie bzdur wypisywanych przez C. Białczyńskiego." Naginania faktów. Poprawcie to szybko, bo wygląda, jakbyście to wy chcieli naginać fakty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie wszystko w normie, Czesław Białczyński w zwykłej formie.

    OdpowiedzUsuń