„Żadne wiarygodne źródła nie potwierdzają istnienia imperium lechickiego”. Rozmowa z dr. hab. Henrykiem Słoczyńskim (część 1)


O co chodzi z fantazmatem Wielkiej Lechii? Czy rzeczywiście naukowcy kłamią? Dlaczego pseudohistoryczne teorie zyskują popularność? Czy Lelewel był pruskim agentem? Jak naukowcy reagują na argumenty turbolechitów i turbosłowian? O to postanowiłem zapytać doktora hab. Henryka Słoczyńskiego, historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, badacza polskiej myśli historycznej, szczególnie jej twórców z epoki romantyzmu, krakowskich konserwatystów oraz malarstwa historycznego Jana Matejki.

SigA: Na początek naszej rozmowy chciałbym ironicznie zapytać, jak Pan Profesor czuje się jako jeden z manipulatorów, zakłamujących „prawdziwą” historię Polski, zwłaszcza tę przedchrześcijańską? Taki bowiem zarzut pojawia się nagminnie w rozważaniach zwolenników Imperium Lechitów, skierowany wobec ogółu historyków, którzy ich zdaniem nie mówią całej prawdy, manipulują źródłami, piszą historię pod dyktando swoich mocodawców – wrogów naszej ojczyzny, identyfikowanych zwykle z Niemcami oraz Watykanem.

Henryk Słoczyński: Jako historyk będący obiektem takich oskarżeń oczywiście nie czuje się dobrze (śmiech). Mówiąc jednak poważnie, tezy wyznawców idei Imperium Lechitów zmierzające ewidentnie do zdezawuowania całej wiedzy historycznej, trudno traktować z powagą. Widać tam gołym okiem brak elementarnego zrozumienia na czym się ona opiera, jak powstaje, do jakiego stopnia jest zbiorowym wysiłkiem wielu wieków, etc. Tego typu oskarżenia wobec uczonych są wysuwane przez osoby, które nie mają żadnych kompetencji merytorycznych. Nie uważam, by zasługiwały one na poważną dyskusję. Poważnym problemem jest natomiast to, że tego rodzaju koncepcje znajdują zwolenników. Z tego co słyszę, niektóre książki opisujące rzekome Imperium Lechitów rozchodzą się bardzo dobrze. Rosnąca popularność tak nierzetelnej literatury w kraju, w którym kupuje się i czyta niezbyt wiele książek, jest niepokojącą tendencją.

Dlaczego więc historycy w pewnym momencie stwierdzili, że dzieje przed Mieszkiem, opisywane przez kronikarzy, są mitologią początków naszego państwa, czy mówiąc kolokwialnie, że zostały zmyślone?

Jak wspomniałem, nasza wiedza historyczna stanowi efekt wielowiekowego procesu, trwającego zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęto stosować erudycyjną krytykę źródła. Jak Pan zapewne wie, za taką datę graniczną w historiografii uważa się na ogół wykazanie przez Lorenzo Vallę, że słynna Donacja Konstantyna jest świadomym fałszerstwem, co stało się w połowie XV wieku. Z czasem ukształtowała się społeczność badaczy przeszłości, która respektowała precyzowane w jej obrębie metody i techniki postępowania i w oparciu o wiedzę filologiczną, teologiczną, polityczną, społeczną etc. dokonywała weryfikacji informacji zawartych w źródłach, ich gromadzenia, wreszcie – tworzyła na ich podstawie obrazy mniejszych czy większych fragmentów przeszłości. Choć od wieków przeszłość tę badało w różnych krajach coraz liczniejsze legiony badaczy, to jest oczywiste, że zawsze muszą pozostać ogromne luki. Ale też wielką ilość podstawowych faktów wolno uznać naukowo stwierdzone i niepodważalne; tworzą one pewien zasadniczo trwały zrąb. I na takiej podstawie historycy mogą tworzyć pozbawione logicznych sprzeczności obrazy, do których nadto włączają fakty uznane za prawdopodobne. Takiej oceny dokonują w zgodzie ze swym ogólnym obrazem świata, toteż rezultaty się różnią, nieraz ogromnie. Prócz tego ciągle odkrywa się nowe fakty, toteż nasz obraz przeszłości będzie się ciągle zmieniał. Wyznawcy wiary w Wielką Lechię nie działają jednak w ten sposób, nie próbują wypełniać luk, tworzą fantastyczny obraz absolutnie nie dający się pogodzić z wiedzą, z faktami, których nie da się podważyć.
Zauważmy rzecz podstawową – gdyby rzeczywiście istniało „Imperium Lechitów” obejmujące ziemie dzisiejszej Polski, to w czasach od głębokiej starożytności po średniowiecze byłby to potężny czynnik polityczny ówczesnego świata. Czego dowodzi więc fakt, że wiedza o takim państwie pojawia się tylko gdzieś sporadycznie, w pojedynczych źródłach? Na dodatek w źródłach powstałych nie wtedy, kiedy miały dziać się opisywane w nich zdarzenia, tylko setki lat później? „Natchnieni” autorzy książek o Imperium Lechitów całkowicie ignorują kwestię wiarygodności swych źródeł, nie są nawet w stanie ich literalnie odczytać. Z jednego z licznych wywiadów internetowych ich guru, Pana Bieszka można się dowiedzieć, że nie zna on nawet łaciny, bez której przecież badania starożytnych pism czy średniowiecznych nie sposób sobie wyobrazić. Stawiam więc pytanie, jak można zweryfikować obraz dziejów Polski, Europy, nawet świata od 3 tys. lat p.n.e. wstecz, nie dysponując podstawową umiejętnością czytania źródeł w języku łacińskim, nie wspominając już o grece czy językach Bliskiego Wschodu, gdzie też przecież miały sięgać wpływy Wielkiej Lechii?
Wizja takiego imperium stoi w ewidentnej sprzeczności z wielką liczbą pewnych źródeł, nie tylko pochodzących z ziem słowiańskich i ich bliskiego sąsiedztwa. Istnieje ogrom źródeł arabskich (także o wiele starszych od zapisków źródłowych o Polsce, które uznajemy za autentyczne), pokazujących, że ziemie słowiańskie były rezerwuarem niewolników dla krajów islamu. I to jest niezbity fakt historyczny. Pierwszy tę kwestię podniósł już w połowie XIX wieku Karol Szajnocha. Można to uznać za akt wielkiej odwagi, zważywszy jak ważna dla ówczesnej świadomości Polaków była idea Słowian jako ludu, który immanentnie nosił w sobie ideę wolności.

Dobrze, ale jeśli spojrzymy na nasze źródła narracyjne (średniowieczne i nowożytne), właściwie żadne nie zaczynają naszej historii od Mieszka, tylko kilkanaście wieków wstecz, wywodząc nasze państwo od króla Lecha czy Sarmata. Często więc, pada argument, że skoro tak podają źródła, to musi być to prawda!

Ani nie musi, ani nie może. O tym, że żadnego imperium lechickiego nie było, rozstrzyga w sposób absolutny argumentacja ex silentio, czyli fakt milczenia źródeł. O istnieniu państwa o tej wielkości i potędze wiedzielibyśmy wprost z setek kronik oraz tysięcy dokumentów i innych źródeł. Przekazy, na które powołują się rzecznicy Wielkiej Lechii trzeba też skonfrontować z kronikami opisującymi dzieje innych plemion i narodów. Otóż prawie wszędzie średniowieczni autorzy starali się wyprowadzić dzieje swojego państwa z głębokiej starożytności, powiązać z treścią dzieł szacownych autorów antycznych czy wiedzą pochodzącą z Biblii. W ówczesnym dziejopisarstwie było to rzeczą normalną. Gdybyśmy wszystkim tym tekstom dali wiarę, to wielu podanych tam faktów nie dałoby się wzajemnie pogodzić, narracje te wchodzą ze sobą nieraz w zasadniczą kolizję. Dziejopisarze opisujący rzekome dzieje przedchrześcijańskie czynili to w najlepszej wierze, w przekonaniu, że ranga instytucji, dynastii czy narodu, jest tym większa, im świetniejszą przeszłość można im przypisać. Mogłoby się wydawać, że współczesny człowiek wyzwolił się już generalnie z tego rodzaju myślenia, ale fenomen „lechickiego imperializmu” nakazuje ostrożność. Jak widać nie brak myślących, że ranga dzisiejszej Polski zwiększy się przez to, jeśli „dowiedzie” się, że już w starożytności byliśmy wielką potęgą, przed którą drżeli wielcy tego świata.

Skoro wyjaśniliśmy, że historycy nie fałszują historii o Wielkiej Lechii, to może jednak ktoś inny się tym zajmuje? Na przykład Kościół Katolicki, na czele z Watykanem. W teoriach turbolechitów przytacza się często tezy o tym, że Kościół palił lechickie księgi, wspomina się chociażby konfiskaty wydania kronik Macieja Miechowity w 1519 roku, czy też wstrzymywanie druku Roczników Jana Długosza, co miało być świadomym i zaplanowanym działaniem w celu ukrycia przedchrześcijańskiej historii Polski.

Te przypadki są dobrze znane i opisane w literaturze. Kronika Macieja z Miechowa nie została rozpowszechniona w pierwotnej wersji z zupełnie innych powodów. Można powiedzieć, że już wówczas Polska była wyjątkowym krajem, w którym kronikarzowi – kolokwialnie mówiąc – mogło wpaść do głowy, żeby o swoich panujących napisać rzeczy jawnie deprecjonujące. Każdy czytelnik dopowie sobie bez trudu, jaki byłby los wypowiadającego takie oceny, gdyby stało się to w ówczesnej Anglii czy Rosji. Miechowita krytycznie ocenił rządy Aleksandra, przedstawiając go jako władcę o nietęgim rozumie, a Jana Olbrachta i brata obu tych królów, kardynała Fryderyka Jagiellończyka, oskarżył o życie niemoralne, podając przy tym wielce wstydliwe informacje. Przytoczył również spekulacje dotyczące ojcostwa synów Władysława Jagiełły – Władysława Warneńczyka i Kazimierza, związane z oskarżeniami królowej Sonki (żony Jagiełły) o rzekomy romans. Taki przekaz był obrazą majestatu i uderzał to w stabilność systemu władzy, bo oto podawano w wątpliwość, czy faktycznie rządzą potomkowie Władysława, czy może potomkowie któregoś z rycerzy, z którymi zadawała się jakoby królowa Sonka. To były rzeczywiste powody, dla których kronikę rozpowszechniono dopiero po przeróbkach Josta Decjusza.
Ale to wszystko nie ma znaczenia w kontekście Pana pytania, ponieważ w tej „zakazanej” wersji dzieła Macieja z Miechowa nie było tych rewelacji, na które powołują się rzecznicy „Imperium Lechickiego”. To, co piszą w tej kwestii dobitnie pokazuje, że nie stać ich nawet na najprostsze odczytanie dawnych autorów. Otóż te rewelacje zostały właśnie dodane przez Decjusza – sam Miechowita tylko bardzo ogólnie pisał, że dzieje różnych pochodzących z Sarmacji ludów należą do prehistorii Polski! Tak więc podstawą stwierdzeń p. Bieszka i innych jest dzieło pisarza niemieckiego (rodowe nazwisko Dietz), a jego patronem – prymas Kościoła katolickiego w Polsce (Jan Łaski)!
Zakaz publikacji Roczników Długosza też miał zupełnie inne przyczyny – stało się tak z powodu wielu krytycznych uwag o przodkach ówczesnych prominentnych rodzin magnackich. Wprowadzono go konstytucją (ustawą) sejmową, gdzie przedstawiono obłudną argumentację, że skoro podaje ono tak wiele szczegółowych informacji geograficznych, to mogłoby być doskonałym przewodnikiem dla wrogich armii, dokonujących inwazji na Rzeczpospolitą. Zakaz nie miał więc nic wspólnego z fantastyczną wizją przeszłości przedchrześcijańskiej Polski u Długosza. Co więcej, w kręgach, które go przeprowadziły, właśnie w tym okresie, tworzone były coraz częściej legendy genealogiczne, „historie” rodowe, nawiązujące do rzekomej chwalebnej antycznej przeszłości Polski. W tego typu pisarstwie istnieje wiele wątków, do których tacy ludzie jak Pan Bieszk nie dotarli z uwagi na swą ograniczoną erudycję. Nie uwzględnili chociażby szeregu ówczesnych herbarzy, które znakomicie mogłyby wzbogacić ich pseudoargumenty. Mam tu m.in. na myśli mit pochodzenia szlachty litewskiej od Palemona, który wraz z towarzyszami miał przybyć z Rzymu. Mogłoby to przecież tworzyć wizję swoistej równorzędności Imperium Lechitów i Imperium Rzymskiego. Może jednak lepiej im nie podpowiadać, bo jak się o tym dowiedzą, to są gotowi do serwowania tego typu nowych rewelacji w swoich książkach (śmiech).

Zwłaszcza, że mamy tu paradoks. Z jednej strony Kościół niszczył dowody i źródła o Wielkiej Lechii, a z drugiej strony dostojnicy kościelni sami pisali o Lechii, jak chociażby Mistrz Wincenty (biskup krakowski), domniemany autor Kroniki Wielkopolskiej Godzisław Baszko (kustosz katedry poznańskiej), Dzierzwa (franciszkanin), Jan Długosz (kanonik krakowski), Maciej Miechowita (kanonik krakowski). Do tego dodajmy jeszcze spisywane roczniki katedralne czy klasztorne...

Właśnie! Jeśli Kościołowi miałaby przeszkadzać wizja potęgi przedchrześcijańskiej Polski, to przecież mistrz Wincenty i jego następcy nie pisaliby o tej głębokiej prehistorii Polaków w aspekcie związków np. z Aleksandrem Macedońskim czy Juliuszem Cezarem. A przecież Wincenty Kadłubek nie był zwyczajnym biskupem, był postacią czczoną przez Kościół; po jego śmierci trwał spontaniczny kult, który po kilku wiekach stał się ważną przesłanką jego beatyfikacji (w 1764 roku). Czy taka byłaby pamięć o człowieku, gdyby jego dzieło, jego wizja przeszłości sprawiała tyle problemów?

(koniec części 1) DRUGA CZĘŚĆ WYWIADU ZOBACZ

pytał Artur Wójcik
rozmowę przeprowadzono: 1.08.2018 r.
autoryzacja: 1.09.2018 r.

Komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Druga część będzie jeszcze lepsza ;)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Przypominam raz jeszcze, jeśli ktoś nie ma nic do powiedzenia a chce dyskutować to nie to miejsce.

      Usuń
  2. Przeczytałam z ciekawością. Dobrze, że publikujesz takie rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale i tak wyznawcy tej teorii nawet nie tkną tego artykułu. Nawet na niego nie spojrzą :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to raczej nie jest artykuł skierowany do nich. Turbosi są już w swojej logice i racjonalności kompletnie straceni, okopali się, bo widzą, że wszystko co twierdzą nie ma żadnych podstaw źródłowych, więc zamykają się w kółkach wzajemnej adoracji. Jeśli już wchodzą w polemikę, to na zasadzie atakowania i hejtowania, jak na przykład komentarze pod filmem Cafe Nauka. Zrobił się tam taki ściek nienawiści turbosów, że administratorzy z UJ postanowili wyłączyć możliwość komentowania.
      Ten wywiad jest raczej przeznaczony dla tych wszystkich, którzy w zalewie różnych informacji nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Taki głos pracownika naukowego był potrzebny.

      Usuń
  4. Możesz mnie nazwać turbosem,
    To wytłumacz mi
    Choćby te związki na czym polegały z
    Aleksandrem Macedoński
    Czy Juliusz Cezar
    Wytłumacz mi jak to jest że ucząc się o ich wielkich podbojach gdzie jeden i drugi mordował i zajmował kraje po kolei tworząc imperium
    Żadne z tych imperium nie weszło na ziemię dzisiejszej polski. A wiemy, że Tatarzy aż do Legnicy się wdarli.
    Co lub kto był na ziemiach dzisiejszej Polski że są ślady 1250 grodów warownych ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że jest ileś tam śladów grodów warownych, nie znaczy, że istniało imperium albo państwo. Podaj proszę z jakich czasów pochodzą te grody?
      To turbosłowianie powinni wytłumaczyć na czym miały polegać te związki, mam się tłumaczyć za turbosów? xD I proszę, pisz używając poprawnej składni, interpunkcji i gramatyki, bo ciężko się czyta Twoje wywody i pytania.

      Usuń
    2. Myślę, że odpowiedź na pytanie, dlaczegóż to Aleksander Macedoński i Juliusz Cezar nie wkroczyli na ziemie polskie jest względnie proste. Po prostu ich lotnictwo transportowe nie miało wystarczającego zasięgu, by przerzucić jednostki spadochronowe.

      Usuń
  5. Słabe to z tym Karolem Szajnochą, bo to akurat żaden fakt historyczny. Szajnocha prawdopodobnie nieświadomie (w końcu sam był konspiratorem) powielał propagandę kulturkampfu. Przytaczanie tego dzieła jako źródła jest bardzo szkodliwe dla historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na jakiej podstawie anonim podpiera swoją tezę?

      Usuń
    2. Mnie to tam ciekawi, w jaki sposób Karol Szajnocha mógł powielać propagandę kulturkampfu z zaświatów.

      Usuń
    3. Może miał zdolności teleportacji? A tak serio, to zaczynam się zastanawiać, czy nie usuwać tego typu bzduro-komentarzy, bo zdaje się że ktoś tu się dobrze bawi wypisując swoje fantazje

      Usuń
    4. Póki co to jest rozkosznie głupawe i dla turbosków typowe - wszak dla nich czas i przestrzeń nie istnieją. Niezłą kiedyś miałem niedawno zabawę z wojowniczym przedstawicielem tej subkultury, który poinformował mnie, że Joachim Lelewel pracował dla Ochrany. Z całą jednak pewnością należy wytyczyć granice, których przekroczenie jest niedopuszczalne.

      Usuń
  6. Czyli Polska zawsze była zaściankowym krajem lennym Niemiec i innych potęg, tak? Tak wynika z artykułu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest już Pana interpretacja. Jeśli uważa Pan, że historia Polski kończy się na fantazmacie Wielkiej Lechii to tak ;)

      Usuń
    2. A co w tym złego? Co złego w budowaniu mitów i legend? Jeśli mają służyć wzmacnianiu dumy narodowej, nie widzę nic w złego w "ułańskiej fantazji" nota bene, ta cecha wpisana jest w naszą, słowiańską naturę ;)

      Usuń
    3. Skoro potrzebuje mieć Pan dumę narodową bzdurach to Pańska sprawa

      Usuń
    4. Skoro to moja sprawa to dlaczego dowodzicie, że ci którzy lubią owe bajki są śmieszni? Ludzie lubią mity i legendy, zwłaszcza te które budują tożsamość narodową. Każdy naród ma jakieś mity. Meksykanie wierzą, że są potomkami Azteków, gdy tak naprawdę może mają mikro promil azteckiej krwi (hiszpańscy kolonizatorzy). Rosjanie uważają się za potomków Wikingów (Ruś kijowska). Na terenach dzisiejszej Ukrainy, rzekomo miała istnieć zapomniana cywilizacja, która opanowała do perfekcji metalurgię i rzemiosło artystyczne (podobno na Ukrainie jest muzeum z wykopaliskami przedmiotów tamtej kultury). A Izrael? Naród wybrany? Amerykanie z ich przekonaniem opieki nad światem. Przykładów mógłbym mnożyć w nieskończoność. Dopóki mit nie jest szkodliwy, nie jest wulgarny, nie widzę w nim nic złego. Już polska szlachta uważała, że ma sarmackie korzenie. Jak widać fantazje mamy we krwi. Co w tym złego?

      Usuń
    5. W mitach? Nic złego. Problem zaczyna się wtedy, jeśli ktoś uważa mity za fakty historyczne, tak jak turbosi. To jest właśnie sedno problemu.

      Usuń
  7. Witam serdeczne i dziękuję za ciekawy wywiad - jestem od jakiegoś czasu sekretnym fanem Pańskiego bloga.
    Miałbym tylko drobną uwagę do argumentu 'ex silentio' - zauważmy, że państwo Sumerów (nie nazywamy go jeszcze imperium, bo za pierwsze w Mezopotamii uważa się chyba państwo Sargona, o ile dobrze pamiętam), a nawet prawdziwe imperium Hetytów były kompletnie zapomniane i nieznane potomnym aż do wykopalisk w XIX i XX wieku. O ile Sumer był państwem lokalnym, o tyle Hetyci to imperium współtworzące ówczesny koncert mocarstw.

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa i komentarz :)
      Jedno tylko dopowiem: nie ma znalezisk archeologicznych by uznać istnienie państwa/imperium/królestwo lechitów ;)

      Usuń
    2. Zapomniałem się podpisać - bloguję trochę na www.neon24.pl i muszę przyznać, że bez pytania zamieściłem powyższy tekst (pierwszą część rozmowy, oczywiście z podaniem źródła i Autora) na moim blogu (bo nie jest światło, by pod korcem stało), co z miejsca wywołało furię części czytelników i negatywne oceny - jeśli nie wyraża Pan zgody, to natychmiast skasuję.

      Oczywiście, że nie ma żadnych znalezisk archeologicznych potwierdzających istnienie WL, a zresztą "actori incumbit probatio", a tymczasem to turbosie wymagają od swoich krytyków, żeby im udowodnić, że np. bitwa pod Tollensee nie miała nic wspólnego z Lechitami ;)

      Wydaje mi się, iż fantazmat WL jest tak popularny wśród gimbazy z kilku powodów: poza generalnym nieuctwem (co widać choćby po skandalicznej ortografii i braku umiejętności wysłowienia się) daje on darmową i natychmiastową gratyfikację nie wymagającą jakiejkolwiek dyscypliny umysłowej (jestem Lechitą i mam "power", a tymczasem nie jest nawet "Polakiem małym"). Z WL łączy się niechęć do "kościoła" (nawet w polit-poprawnej "Koronie Królów" klecha zawsze knuje przeciw władzy) oraz plastikowym neopogaństwem (zwanym błędnie rodzimowierstwem - przodkowie byliby myślę zdumieni), które jest "fajne", bo nie niesie żadnych wymogów moralnych.
      Jedyny pozytyw to taki, że pobudza zainteresowanie początkami naszego państwa i tu przyznam się chyba brakuje dobrych książek i publikacji przystępnych dla przeciętnego czytelnika. Może stworzyłby Pan zakładkę na swoje stronie z uzupełnianą listą polecanych lektur?

      Tak przy okazji - w pierwszej chwili nie rozumiałem, dlaczego nazwał pan "Ciekawostki Historyczne" rakowiskiem, ale po tym, jak wyrzuciłem kase na Podboje Chrobrego" Moryca-Tworowksiegio już rozumiem.

      pozdrawiam
      MacGregor ( www.macgregor.neon24.pl)

      Usuń
    3. Spoko ;) Właśnie wszedłem na ten wywiadu u Pana i widzę, że niezłe rakowisko w komentarzach, które nijak przystają do dyskusji nawet publicystycznej, raczej rozładowanie frustracji.
      O zakładce/wpisie o polecanych książkach cały czas myślę i pewno się kiedyś ukaże. Pozdrawiam ;)

      Usuń
    4. Cóż, gdyby rzeczywiście turboleszki to wyłącznie gimbaza była, to już byśmy mieli do czynienia wyłącznie z archeologią internetów. A przecież panów Białczyńskiego, Bieszka, Szydłowskiego, Leszczyńskiego i mrowie a mrowie innych trudno raczej pomiędzy nastolatków policzyć. Zasię prof. Ryszarda Henryka Kozłowskiego z całą pewnością za rodzimowiercę czy choćby tylko antyklerykała też uznać się nie da.
      Szuria różne ma oblicza.

      Usuń
    5. Leszczyński turboleszkiem nie jest, o Lechii nic nie mówi.

      Usuń
    6. Ale mówi o różnych bzdurach słowiańskich więc jest turbosem.

      Usuń
  8. Odezwał się sam bard vancuverski, ale coś zaczął bredzić od rzeczy. I jeszcze pomylił osoby :D To jest przykład, że nie będę tolerował chamstwa i bzdur, więc jeśli turbosku nie potrafisz wypowiedzieć, to nie jest to miejsce dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  9. foliarze zawsze istnieli i chyba będą istnieć. Bawią do rozpuku ale niestety mają lepsze przebicie do maistreamu (tego internetowego, ale czasami "tradycyjne" wdeptują w tą kupę) bo merytoryczne przedstawiane bywa nudne i suche, a tania sensacja dobrze się sprzedaje vide nakłady dzienników ;D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz