wtorek, 31 stycznia 2017

Polemiczne zbydlęcenie Czesława Białczyńskiego jako przejaw lechickiej mowy nienawiści

Z reguły nie odnosimy się do ataków ad personam wymierzonych w nasz blog. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy, interesuje nas merytoryczna dyskusja. Niektórzy z naszych oponentów, zaliczanych do lechickiej wierchuszki, przekraczają jednak granicę dyskusji i zaczynają wrednie i obleśnie nas pomawiać, tylko dlatego, że przedstawiamy swój punkt widzenia, poparty konkretnymi źródłami i logicznymi argumentami. Musimy na takie słowne patologie zdecydowanie reagować. Ich emocjonalne wyziewy stają się przejawem mowy nienawiści, który ochoczo podchwytują zwolennicy fantazmatu Wielkiej Lechii, a co oczywiste – przekłada się na odbiór i sens dyskusji nad istnieniem Imperium Lechickiego. Przykładem takich zachowań są komentarze Czesława Białczyńskiego na Jego autorskiej stronie.

Na temat turbosłowiańskiej mowy nienawiści pisaliśmy już kilka tygodni temu ZOBACZ. Dziś, przyjrzyjmy się wpisom C. Białczyńskiego skierowanych bezpośrednio pod adresem naszego bloga.
W swojej intelektualnej piaskownicy C. Białczyński przyjął zasadę, że nie słucha nikogo, a każdego oponenta traktuje z góry, prawiąc ciągle od rzeczy, wymyśla porównania i argumenty nie mające niczego wspólnego z podejmowanym tematem, a co najważniejsze nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś może mieć argumenty przeciwne Jego przekonaniom. Wszystkie użyte komentarze C. Białczyńskiego służą jedynie do pokazania naszym czytelnikom sposobu dyskutowania i obrzucania nas jadem i przytaczane są zgodnie z prawem cytatu.
Jego inwektywy nie robią na nas szczególnego wrażenia, bo w przeszłości grożono nam już pobiciem czy śmiercią. To, czego dopuszcza się C. Białczyński na swojej stronie, jest właśnie podżeganiem do łajdackich zachowań trolli oraz faktycznych lechickich wyznawców, względem naszego bloga – grożenia w wiadomościach prywatnych, trollowania i atakowania ad personam. Retoryka C. Białczyńskiego, staje się swoistym kołem zamachowym, do zaszufladkowania nas do wspólnej paczki z Adolfem Hitlerem czy Josephem Goebbelsem. Na to nie ma naszej zgody!
Pytamy – jakim prawem – człowiek mieniący się rzetelnością dziennikarską i dorobkiem intelektualnym bezpodstawnie porównuje czyjejś teksty i wypowiedzi do działalności największych zbrodniarzy wojennych w historii? C. Białczyński potrafi nie tylko pluć, ale też publicznie roztrząsać życiorysy swoich oponentów. Zrobił tak chociażby z wydawcą portalu Histmag.org twierdząc No i takich mamy przeciwników/adwersarzy – po prostu studenciaki bez dyplomów, gówniarze i fanatycy katoliccy – pasjonaci 1050 rocznicy chrztu Polski. 



Przejdźmy do konkretnych przykładów.


Ta panika w tonie całego artykułu świadczy, że nieźle całe to towarzystwo jest już spietrane. Tymczasem nasze artykuły wchodzą do Rocznika Historycznego! No i co nam tam jakiś proniemiecki Histmag, i jakiś amatorski blog silingium germanicum czy sigilum autenticum, czy jak mu tam, prowadzony przez Niemców Opolskich?! To chyba jakaś Złamana Niemiecka Pieczęć Goebellsa, co najwyżej a nie żaden znak prawdy, raczej odgrzewany stary kotlet – duch przeszłości, jakiś zmartwychwstały Kossina/Adolf Hitler, albo po prostu agenda Werwolfu w Polsce!
Nie ma chyba sensu polemizować z kimś, kto powołuje się linkami na artykuły z blogu, w którym autorzy nie potrafią pisać poprawną polszczyzną.
Chodzi tutaj o artykuł Pana Adriana Leszczyńskiego, opublikowany w gorzowskim Roczniku Historycznym Polskiego Towarzystwa Historycznego, o którym jeszcze będzie mowa. Niczego się nie boimy, dlatego też argument, że się „pietramy” jest chybiony. Być może nie potrafimy pisać poprawną polszczyzną (nieraz nasze teksty tworzymy w pośpiechu, albo nie zdążymy ich należycie poprawić czy stworzyliśmy zbyt rozbudowane zdania złożone, co nieraz komplikuje nasz wywód), natomiast C. Białczyński nie potrafi lub też złośliwie przekręca nazwę naszego bloga. Zachowanie godne 10-latka, a nie dojrzałego mężczyzny. Sigillum Authenticum nie prowadzą żadni Niemcy z Opola. Ponadto przyrównywanie nas do „złamanej niemieckiej pieczęci Goebbela” czy też do „ducha przeszłości, zmartwychwstałego Kossiny/Adolfa Hitlera” pokazują polemiczne zbydlęcenie C. Białczyńskiego. Takimi wypowiedziami eliminuje się z pola dyskusji. Ponadto przypominamy, że jak dotychczas, C. Białczyński nie odpowiedział na nasze zarzuty, które wysunęliśmy po Jego recenzji tekstu Pana Jakuba Linetty, w którym po prostu się skompromitował, nie tylko pod względem merytorycznym, ale też wizerunkowym ZOBACZ.

 
Apeluję do pana żeby pan był trochę bardziej poważny niż ta dzieciarnia, która urządza sobie jaja na blogu Sillingium Germanicum, czy też Sigillum Authenticum. [...]
W świecie dorosłych ludzi – nie mówię już o ludziach kulturalnych i jako tako wychowanych:
1 – NIE PROWADZI SIĘ POLEMIK Z ANONIMOWYM TEKSTEM, NIE PODPISANYM PRZEZ NIKOGO
Dziecinadę C. Białczyńskiego wypunktowaliśmy wyżej. „Jaja” to sobie lechicki guru może ugotować na śniadanie, a nie mydlić oczu czytelnikom. Skoro autor nie prowadzi polemiki z anonimowymi tekstami, dlaczego tyle miejsca poświęca w swoich wynaturzeniach właśnie tej „dziecinadzie” z naszego bloga? Każdy, kto twierdzi podobnie, ignorowałby nasze teksty. Widocznie, nasze polemiki i argumenty są dla Białczyńskiego przysłowiową solą w oku. W swoich niespokojnych emocjach, nie potrafi wyważyć swojego stanowiska, lecz wstukuje w komentarzach swoje myśli w sposób gwałtowny, chaotyczny i nieprzystający do kulturalnej dyskusji.

2 – NIE PROWADZI SIĘ POLEMIK Z TEKSTAMI, KTÓRE SĄ ZAMIESZCZANE NA ANONIMOWYCH BLOGACH, KTÓRYCH WŁAŚCICIELI NIE MOŻNA ZIDENTYFIKOWAĆ Byłbym wariatem i człowiekiem bardzo nieostrożnym wchodząc w dyskurs z kimś kto może się okazać SŁUPEM RAŚ (Ruch Autonomii Śląska), albo jakąś agendą skrzykniętych ad hoc miłośników KODziarzy, lub fanklubem Gazety Wyborczej albo Fanklubem redaktora Lisa i jego cybergermańskiej gazetki – dawniej mówiło się szmatławca, albo jeszcze gorzej zwłaszcza o tych niemieckich.
Daremne są te inwektywy. Zwykle pomawianie drugiej strony dyskusji..., oj pardon, zapomnieliśmy, że przecież C. Białczyński sam się z tej dyskusji wyklucza argumentami ad Hitlerum. Poza tym, przypominamy autorowi, że nasza dyskusja odbywa się w Internecie, gdzie każdy wedle uznania występuje z imienia i nazwiska, bądź też podpisuje się pseudonimem. Literat Białczyński widocznie nigdy nie spotkał się też w publicystyce czy w literaturze z przypadkami pseudonimów czy ksywek, pod którymi dany autor tworzy.

3 – SŁUSZNE SĄ GORZKIE ŻALE WYLEWANE PRZEZ NIELICZNYCH DYSKUTANTÓW POD TYM ARTYKUŁEM, ŻE TOWARZYSTWO HISTORYCZNE NIE ZAREAGUJE W ŻADEN SPOSÓB NA TEN PRZEJAW NIEZRÓWNOWAŻENIA UMYSŁOWEGO I WYGŁUP INTERNETOWY JAKIM JEST TEN CAŁY BLOG SIGILLUM. Te żale i łzy są słuszne bo nie ma mowy, żeby Towarzystwo Historyczne reagowało na ANONIM nie podpisany ani jednym weryfikowalnym nazwiskiem.
To się jeszcze okaże, czy zareaguje czy nie. Jedno jest pewne, artykuł A. Leszczyńskiego jest intelektualnym bublem, a kolejny chamski atak, przemilczymy.

4 – Towarzystwo Historyczne nie zareaguje, bo nie ma tam podpisu nawet jednego magistra pod tym pożałowania godnym „Apelem”, nie mówiąc o jakimś naukowcu z prawdziwego zdarzenia
C. Białczyński myli „apel” z „listem otwartym” tudzież z „petycją”. Autorowi, chodzi oczywiście o to, aby taki „magister” czy „profesor” podpisał się, by C. Białczyński mógł się nad daną osobą pastwić i dyskredytować czyjś dorobek intelektualny i zawodowy. 
 
5 – Nie ma i nie będzie tam pod takim kretyńskim apelem ani jednego podpisu naukowca nigdy – Dlaczego? Ano dlatego, że ktoś kto podpisałby się pod apelem o zablokowanie łamów czasopism naukowych na polemikę naukową to podpisałby w środowisku naukowym wyrok na siebie – nie byłby to wyrok śmierci – tylko WIELKA SZYDERA – całkowite ośmieszenie się.
C. Białczyński kompletnie nie wie, o czym mówi. Rzeczony artykuł nie spełnia kryteriów tekstu naukowego, recenzowanego zresztą przez pracownika naukowego. Wykażemy to w następnym wpisie. Prezentowaną treść tekstu, może obalić każdy Uczony, wykazując miałkość wywodu. Poza tym to nie jest polemika naukowa, lecz stek bzdur pisanych pod dyktando jednej tezy, a więc sprzeciwiająca się zasadzie rzetelności i obiektywizmu badawczego. Ośmiesza się, ale właśnie C. Białczyński takim rozumowaniem. Zresztą, co ów autor wie o środowisku naukowym, skoro nie jest naukowcem? 
 
6- Ten apel – podobnie jak żałosna próba wystąpienia w obronie autorytetu Jakuba Linetty przez TE SAME ANONIMOWE OSOBY z TEGO SAMEGO BLOGU – podszywające się pod naukowców, a atakujące artykuł nie od strony merytorycznej, ale od strony praw autorskich – jest typowym skowytem grupki ludzi, którzy nie mają żadnych argumentów merytorycznych w ręku, więc czepiają się formalnych haków. Próbowali niektórzy narwani moim koledzy gdzieś tam z nimi dyskutować, ale oczywiście zostali zablokowani, zbanowani i wyśmiani – Jak to hałastra dzieciaków porozrabiali, zabawili się, rozbili okno, uciekli, a potem zjedzą zupkę mleczną i pójdą spać po dobranocce. Mama zapłaci za szybę.
Zapewne nasi Czytelnicy pamiętają, jak rozpoczął się rok 2017 na stronie Czesława Białczyńskiego. W Nowy Rok udostępnił on, w całości artykuł Jakuba Linetty, naruszając tym samym jego prawa autorskie oraz prawa majątkowe czasopisma, na którego łamach tekst ten się ukazał. Po kilku krytycznych komentarzach, które C. Białczyński bagatelizował, że łamie polskie prawo autorskie, odezwał się do niego autor tekstu, J. Linetty, który zażądał usunięcia skanów jego pracy. Ostatecznie C. Białczyński to uczynił. Niestety nie zrozumiał swojego błędu. A o tym, jak traktuje prawo autorskie (oczywiście w sposób selektywny), dowiedzieliśmy się przy okazji wpisu dotyczącego audiobooka „Wywiad z Borutą” w ramach Legend Polskich największego polskiego portalu aukcyjnego. Wtedy to, C. Białczyński miał za złe, że autorzy nie poinformowali w swoim wydawnictwie o inspiracjach autora „Księgi Tura” ZOBACZ. Przy okazji tego wpisu C. Białczyński rozpowszechnił link do nielegalnej kopii tego audiobooka, spiraconego przez użytkownika portalu YouTube. Nieźle, nie? Ciekawe, czy jego zwolennicy są tego świadomi. Zapewne nie. Oczywiście nie przeszkodziło to C. Białczyńskiemu, by przy tej okazji upomnieć się o własne prawa autorskie. Czysta, nie skażona niczym, zapewne nawet jedną myślą, hipokryzja. Rzecz jasna, wydarzeń z początku tego roku C. Białczyński nie może odżałować, i nieraz daje temu wyraz w „kąśliwych” komentarzach na swojej stronie.
Nie jesteśmy wstanie zweryfikować, po pseudonimach w komentarzach, czy osoby, które krytykowały ten wpis, udawały naukowców.
Widocznie Cz. Białczyński ma wgląd w ich prywatne komputery i życie zawodowe, niczym Wielki Brat. Z samych komentarzy pod tekstem z 1 stycznia 2017 roku, zamieszczonego na stronie C. Białczyńskiego, można wywnioskować, że odnoszono się również do poglądów C. Białczyńskiego merytorycznie (zapewne te komentarze, jako nieprzychylne, zostały już przez administratora strony usunięte ZOBACZ). Z zaistniałej sytuacji rodzi się pewien obraz. Po pierwsze, prawa autorskie tak, ale traktowane wybiórczo, zwłaszcza wtedy, jeżeli naruszane są te, należące do C. Białczyńskiego. W tej sprawie on sam jest nieomylny i nie można mu wytknąć, że postępuje nieetycznie. Po drugie, zapewne C. Białczyński, jako autor, zdaje sobie doskonale sprawę, że wszelkiego rodzaju publikacje narażone są na krytykę, i to niekoniecznie zawsze przychylną. W ten sposób rozwija się również nauka. A jeżeli krytykowany tekst nie spełnia standardów naukowych, warto o tym informować, nie tylko redakcję czasopisma, ale zwłaszcza potencjalnych czytelników, by nie czuli potem rozczarowania bądź zażenowania poziomem intelektualnym autora, który rzutuje na radę naukową i recenzentów czasopisma. Tego ostatniego, a więc dbanie o jak najwyższy, pod względem warsztatowym i merytorycznym poziom artykułów na łamach periodyków naukowych, C. Białczyński nie potrafi pojąć.

7 – Panie Tanator niech mi pan powie jaki profesor w Polsce mógłby potraktować poważnie apel, którego autor/autorzy nie potrafią używać polskiej składni w zdaniach, polskiej gramatyki, polskiej ortografii. Już drugi akapit świadczy o umysłowym niechlujstwie tych młodziaków i niedouczeniu, które skazuje na niebyt wszelkie ich wypociny tasiemcowe wytaczane przeciw adwersarzom w niby opracowaniach analitycznych. Cytuję tenże akapit: „Głównym zarzutem, który kierujemy pod adresem wyżej wymienionego artykułu jest brak warsztatu i kompetencji badawczych autora tekstu. Ferowane przez A. Leszczyńskiego tezy, oparte są na bezkrytycznym podejściu do źródeł i wybiórczego ich stosowania, by poprzeć swoje hipotezy.”
Z taką znajomością języka polskiego panie Tanator trzeba ich naprawdę cofnąć do Gimbazy. Żadna uczelnia w Polsce nie powinna im wydać dyplomu i założę się, że go nie wyda. No chyba, że już wszystkie nasze uczelnie zeszły tak nisko w rankingach nauki światowej, że ich nie ma w pierwszej 500-tce, wtedy mogą im wydać dyplom.
Gimnazja będą likwidowane, więc cofnąć to może C. Białczyński siebie i nauczyć się chociażby warsztatu pracy historyka. W swoim nienawistnym wywodzie odmawia nam dyplomu wyższej uczelni. Emocje, jakie towarzyszą C. Białczyńskiemu, można przyrównać do gniewu dziecka, które nie dostało wymarzonego prezentu pod choinkę. Zaczyna płakać i w koło krzyczeć, że wszystkich nienawidzi, bo jesteście „bee”. Dziw bierze, że ustatkowany i z pewnością, spełniony zawodowo człowiek, jest tak zakompleksionym frustratem. To wręcz niewiarygodne. Proponujemy na uspokojenie szklankę wody i relaksacyjną muzykę.

8. I kogoś takiego, żałosnego, ktoś tutaj – z poważnych ludzi – miałby się obawiać w polemikach? I na takie teksty naprawdę mierne, ktoś miałby odpowiadać?
Sam sobie C. Białczyński zaprzecza. Twierdzi wyżej, że z anonimami nie dyskutuje. Eh, tłumaczyliśmy to już. Tak, Panie Białczyński, Pan się obawia i nie potrafi Pan odpowiedzieć na ani jeden nasz kontrargument, zasłaniając się polemicznym gnojeniem, każdego, kto się z Panem nie zgodzi. Siada Pan na swoim tronie i traktuje każdego dyskutanta z góry. Dyskurs należy umieć prowadzić. Widocznie, zrozumiał Pan, że do świadomości ludzkiej przemawia bełkot i emocjonalne dukanie z notatek, niż poważna i kulturalna dyskusja. Sprowadza się Pan do tego samego poziomu, co troglodyta zza oceanu P. Szydłowski.

Zwłaszcza panie Tanator, że WALEC HISTORII już JEDZIE! I wie pan co, ludzie którzy wygłaszają te zabobony będą łykać łzy wstydu, kiedy ON ICH ROZJEDZIE. Takich publikacji panie Tanator jak ta w Rocznikach Towarzystwa Historycznego będzie więcej, więcej i więcej, w polskich czasopismach naukowych także, z każdym miesiącem więcej. Wie pan dlaczego? Bo tak jest na całym świecie. Bo to po prostu jest prawda naukowa, a ci biedni zbałamuceni chłopcy będą się wstydzić, że dali się wsadzić na tego propagandowego, fałszywego konika na biegunach, który udaje prawdziwego konia, i że kolejny raz bronili Teorii o Płaskiej Ziemi papierową szabelką.
Czasopismo „Rocznik Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Gorzowie Wielkopolskim” (inne tytuł: „Forum Historyczno-Społeczne”, tytuł okładkowy: „Forum Historyczno-Społeczne: rocznik Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Gorzowie Wielkopolskim”) jest periodykiem młodym (w styczniu tego roku wydany został dopiero czwarty jego numer; poprzednie w latach 2012, 2014 i 2015, przy czym Biblioteka Narodowa w swoim katalogu notuje tylko dwa pierwsze numery) o zasięgu lokalnym, skupiającym się głównie na problemach historii lokalnej, jej bohaterów i losów zabytków. Podobnych czasopism, wydawanych przez inne Towarzystwa Naukowe czy Miłośników Zabytków i Historii jest w Polsce wiele. Niektóre z nich, jak „Rocznik Krakowski”, poprzez swój poziom naukowy i renomę znajdują się na listach czasopism Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Inne, ze względów nie spełnienia warunków bycia czasopismem tzw. punktowanym, na owej liście się nie znajdują (jest to m.in. umiędzynarodowienie recenzentów i rady naukowej, staż wydawania czasopisma, wkład w rozwój nauki, cytowalność czy indeksacja w bazach danych). Takim niepunktowanym czasopismem, a więc posiadającym niską rangę ogólnopolską jest „Forum Historyczno-Społeczne”. Oczywiście nie oznacza to, że na łamach takich czasopism nie ukazują się wartościowe artykuły. Tylko, że poprzez swoje ustalenia czy lokalność problemów nie przynoszą ważkich ustaleń w globalnym ujęciu polskiej nauki. Periodyk ten rozgłos wśród szerszej szerzy czytelników zyskał tylko i wyłącznie poprzez promocję na stronach Czesława Białczyńskiego, Drogomiry Płońskiej i blogera SKRiBH. Nakład tego czasopisma to 300 egzemplarzy. Zapewne część (mamy taką nadzieję, może wtedy trafi ono do rąk naukowców, a artykuł A. Leszczyńskiego doczeka się naukowej polemiki) z nich trafiło jako egzemplarze obowiązkowe do polskich Bibliotek Naukowych i Uniwersyteckich, ale, póki co, ich katalogi nie notują tego egzemplarza.
Spróbujmy sprawdzić w ilu i jakich czasopismach pojawiły się artykuły, które wiązać można z poglądami C. Białczyńskiego i jego zwolenników. Zaczniemy od najświeższej publikacji. Wykaz ten może być niepełny, opieramy się na informacjach, które odnaleźliśmy na stronie C. Białczyńskiego, której i tak nie przeglądnęliśmy jeszcze w całości. Prosimy o uzupełnienia w komentarzach, jeżeli coś pominęliśmy.
Forum Historyczno-Społeczne: rocznik Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Gorzowie Wielkopolskim” to najświeższe wydawnictwo, w którym można znaleźć artykuł, dobrze znanego nam i naszym czytelnikom, Adriana Leszczyńskiego. Swoje „szlify naukowe” zdobywał zwłaszcza na stronie Taraka.pl ZOBACZ TU i TU, gdzie można zaczytywać się w jego artykułach i komentarzach. Tekst, który znajduje się w tomie 4 za rok 2016 „Forum Historyczno-Społecznego” jest kompilacją dwóch innych jego tekstów (tak twierdzi sam autor), uzupełnionych o nowe informacje i ustalenia (szerzej o samych tezach będziemy pisać w kolejnym naszym poście). Oprócz artykułu A. Leszczyńskiego, na łamach tego periodyku, znajdziemy, a jakżeby inaczej, teksty tyczące się problemów historii lokalnej.
Pod koniec roku 2016 nasi czytelnicy informowali nas o pojawieniu się w (o zgrozo!) punktowanym czasopiśmie naukowym (lista „B”, czasopisma krajowe, 8 pkt) „Ido Movement for Culture. Journal of Martial Arts Anthropology” (t. 16, 2016, nr 3 s. 1–14), zajmującym się kulturą fizyczną i sportem, sztukami walki i aspektami kulturowymi tych dziedzin, artykułu autorstwa prof. dr hab. Wojciecha J. Cynarskiego (Katedra Kulturowych Podstaw Wychowania Fizycznego, Turystyki i Rekreacji na Wydziale Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego ZOBACZ) oraz dr hab. Agnieszki Maciejewskiej-Skrendo, prof. US (Katedra Biologicznych Podstaw Kultury Fizycznej na Wydziale Kultury Fizycznej i Promocji Zdrowia Uniwersytetu Szczecińskiego ZOBACZ), traktujący o powiązaniach między Scytami, Sarmatami i Lechitami jako proto-słowiańskich wojowników w Europie ZOBACZ. W tekście tym, powołując się m.in. na badania genetyczne A. Klyosova (omawialiśmy tą postać), autorzy ferują pogląd, że Scytowie, Sarmaci i Lechici, wywodzą się z jednego pnia genetycznego, co czyni te ludy podobnym, co próbują przenieść na kanwy kultury, podobieństw znaków (słynne pojawiające się w Internecie podobieństwo tamg do średniowiecznych polskich herbów rycerskich), a przede wszystkim na sztukę wojenną. Już sama tak arbitralna identyfikacja tych trzech grup ludów, zwłaszcza na podstawie badań genetycznych przeprowadzonych na współczesnych populacjach, przynosi uzasadnione wątpliwości do wkładu tej pracy w kwestię pochodzenia Słowian.
Trzecim elementem, wspomnianego przez C. Białczyńskiego walca historii, jest artykuł tyczący się słowiańskiego pochodzenia Filistrów, opublikowany w czasopiśmie „Advances in Anthropology” (vol. 6, 2016, pp. 45–50) ZOBACZ, wydawanego przez platformę Scientific Research Publishing. An Academic Publisher (SCIRP), która udostępnia teksty naukowe w typie open acces, z periodyków, których jest właścicielem i wydawcą. Z platformą tą wiążą się liczne kontrowersje. Jest umieszczona na liście tzw. predatory journal (czasopism, w których autor płaci za publikację). Na łamach tego czasopisma ukazał się również artykuł wygenerowany przez komputer. Redakcja czasopisma, w którym znalazł się przytaczany przez nas i C. Białczyńskiego tekst, w roku 2014 podała się do dymisji ze względu na liczne naruszenia etyczne, zwłaszcza w kontekście publikacji tekstów autorów chińskich (ZOBACZ; chcieliśmy również zweryfikować źródła przytaczane w Wikipedii, niestety część z nich wygasła, albo nie prezentuje treści, na które artykuł ten się powołuje). Sam zaś artykuł, miał, wedle Cz. Białczyńskiego, być potwierdzeniem, że hebrajskie określenie szczęki (Lehi, לחי), którymi zabił Filistynów Samson, jak i sami Filistyni, są protosłowianami (ten fragment Starego Testamentu również omawialiśmy).
Na sam koniec tego, być może przydługiego i nudnego wywodu, zasadnym jest postawienie pytania. Panie Czesławie, gdzie jest ten walec historii i badań? Bo z naszego tekstu wynika, że jest on, co najwyżej małą plastikową zabawką. Straszy nią Pan osoby, które nie myślą w podobnych kategoriach, co Pan. Może i podobnych artykułów będzie coraz więcej, natomiast ich poziom, warsztat naukowy i aparat krytyczny nie pozwoli (jeżeli będą pisane przez osoby bez odpowiedniego przygotowania i warsztatu), by ukazały się w poważnych periodykach naukowych. Wyjątkiem będą takie sytuacje, jak przez nas przedstawione – kumoterstwo w kwestii publikacji A. Leszczyńskiego (redaktor naczelny „Forum Historyczno-Społecznego” jest krewnym autora artykułu, o czym zresztą sam autor informuje w swoich licznych wypowiedziach internetowych), promowanie własnych tekstów w czasopismach, których jest się redaktorem naczelnym w przypadku Wojciecha J. Cynarskiego ZOBACZ, lub publikacje w czasopismach, o co najmniej, nadszarpniętej reputacji i typu predatory journal, jak w przypadku tekstu zamieszczonego w „Advances in Athropology”. Iście ciekawy skład tego walca… Strach się bać, naprawdę. Gratuluję samorozwalcowania, Panie Czesławie.

Niech pan się zastanowi panie Tanator co wy biedacy możecie teraz zrobić przeciw Turbosłowiaństwu, skoro filmiki Tomka Bagińskiego z firmą Allegro oparte na Mitologii Białczyńskiego mają oglądalność na YouTube po 3- 4 miliony odsłon?! Tak panie Tanator 3 – 4 MLN!!!
I co to ma wspólnego z fantazmatem Wielkiej Lechii? To znaczy, że jeśli miliony uwierzą w Pańskie bzdury, to znaczy, że to prawda? Odpowiedź brzmi nie. To smutne, że człowiek z takim doświadczeniem, formuje tak prostackie argumenty. Zresztą są ludzie, w tym nasi czytelnicy i my, którzy potrafią odróżnić prawdę naukową (historyczną) od fikcji literackiej czy filmowej opartej na baśniach, jak w przypadku serii Legendy Polskie.

To koniec tej intelektualnej wycieczki do piaskownicy Pana Białczyńskiego. Jak widzicie, autor w kuble piasku zmieszanego z gnojem, ryczy, krzyczy i rzuca zabawkami w każdego, kto do niej wejdzie. Mając już pewne doświadczenie w materii „dyskutowania” ze zwolennikami Wielkiej Lechii, zalecamy nie wchodzenia z nimi w bezpośrednią polemikę, ponieważ nie ma ona najmniejszego sensu.

TW Sigillusz i spółka, tzw. Niemcy aus Oppeln

8 komentarzy:

  1. W tym długim screenie Białczyński popełnia błąd w PIERWSZYM AKAPICIE pod skomentowaniem waszej polszczyzny. Popełnia błędy również w pozostałych akapitach, ale ich nie szukałam i nie liczyłam w każdym akapicie, tylko uważnie przyjrzałam się niektórym. Np. wtrącenie „panie Tanator" powinno być oddzielone przecinkami z obu stron.
    „Oczywiście nie przeszkodziło to C. Białczyńskiemu, by przy tej okazji upomnieć się o własne prawa autorskie."
    To jest piękne.

    Może znajdźcie sobie korektora? Bylibyście jeszcze jeden poziom, tym razem językowy, nad Białczyńskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiamy się nad tym. Z drugiej strony jesteśmy tylko blogiem, nasze zdolności językowe staramy się ćwiczyć, natomiast w dyskusji nad fantazmatem Wielkiej Lechii wyciągane są nam takie niuanse, a nie rzeczowe argumenty. My wytykać błędów językowych C. Białczyńskiemu nie będziemy.

      Usuń
    2. Korzystam ze strony sprawdzającej pisownię on-line. Jest ich przynajmniej kilka w internecie. Wyjście tańsze, ale trzeba jeszcze sprawdzić, czy strona zrozumiała, w jakim znaczeniu używacie jakiegoś słowa itd.

      Usuń
  2. Aż ciężko mi uwierzyć, że zdawałoby się poważni i dorośli ludzie, którzy mają na koncie napisane jakieś książki, potrafią być bardziej zacofani umysłowo niż niektórzy dwunastolatkowie. :D

    Artykuł bardzo dobry. Pozdrawiam. ;) (Aczkolwiek słowo "oponent" zmieniłbym na "przeciwnik", wg mnie bardziej pasuje)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tylko jeden mantament - nie podnośmy pseudonauki do poziomu "przkonań", bo to są zwyczajne bzdury i kłamstwa, a nie żadne przekonania.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nic niezwykłego w zachowaniu Czesława Białczyńskiego nie widzę. Zachowuje się jak guru sekty. Dba o to, żeby jej członkom zaoszczędzić wątpliwości.
    Uważam jednak, że bezpośrednia polemika z turbolechitami ma sens. Nie chodzi o to, by ich przekonać (to mało prawdopodobne), lecz o to, by się jeszcze bardziej okopali.

    OdpowiedzUsuń
  5. Robicie dobrą robotę. Życzę dużo cierpliwości. Natomiast mam jedną uwagę do powyższego teksu - niepotrzebnie, moim zdaniem, odnosicie się do kwestii niemerytorycznych związanych z adwersarzem (jego braku kultury osobistej, napastliwości, hipokryzji ect.) Przecież z każdego jego zdania wyziera oczywista prawda o kondycji psychicznej autora. Jeśli ktoś tego nie widzi to nic mu nie pomoże. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma Pan rację, naszym głównym i jedynym punktem odniesienia jest merytoryka. Pozwolilismy sobie jednak na pewne komentarze odpierajace zarzuty ad personam. Po tym tekscie, postanowilismy juz zaprzestac odpiwiadac na takiego typu zarzuty. Np. w najnowszym tekscie dotyczacym artykulu A. Leszczynskiego odnieslismy sie tylko do kwestii merytorycznej, ignorujac wyzwiska i pomowienia tego pana pod naszym adresem.

      Usuń